Paweł Wojciechowski

Urodzony 6.06.1989 roku w Bydgoszczy. Mistrz świata w skoku o tyczce (2011), wicemistrz świata juniorów (2008), młodzieżowy mistrz Europy (2011), rekordzista Polski (5,91). Zawodnik Zawiszy Bydgoszcz. Absolwent XI Liceum Ogólnokształcącego w Bydgoszczy, student Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego.

– Przyznaję, że musiałem zostać sportowcem, nie miałem żadnych szans na uniknięcie roli tyczkarza. Moja najbliższa rodzina była naprawdę zwariowana na punkcie tej dziedziny życia. Dziadek Alojzy nigdy nie uprawiał sportu, ale od najwcześniejszych lat był jego zagorzałym miłośnikiem. Transmisje z zawodów w wielu dyscyplinach może oglądać przez 24 godziny na dobę, z krótkimi przerwami na lekturę sportowych gazet i uzupełnianie swego fantastycznie bogatego archiwum. Wujek Dariusz, jednocześnie mój ojciec chrzestny, był tyczkarzem, nawet medalistą mistrzostw Polski juniorów. Jego rekord życiowy wynosił 4 metry 80 centymetrów, a trzeba pamiętać, że przed 30 laty był to dobry wynik. Niestety na lepsze osiągnięcia nie starczyło talentu. Nie miał jednak o to pretensji do losu, bo kochał sport, treningi, zawody. Gdy spotykali się we trzech, dziadek, ojciec i wujek, z ogromnym przejęciem opowiadali o sporcie niesamowite wprost historie. Łykałem te opowieści wielkimi haustami. Od dziecka uwielbiałem zdobywać wiedzę o sporcie, co zostało mi do dziś. Mogę powiedzieć, że wolę wiedzieć niż oglądać. Ubolewam, że obecnie młodzi ludzie, moi rówieśnicy, a także trochę starci i młodsi, tak mało wiedzą o sporcie.

– Już w dzieciństwie zostałeś skazany na uprawianie skoku o tyczce…

– To prawda, nikt nie wyobrażał sobie, że mogę nie zostać zawodnikiem tej specjalności. Miałem zaledwie dziewięć lat, gdy rozpocząłem treningi w bydgoskim Zawiszy, klubie, którego nawet na moment nie opuściłem, i mam nadzieję nie opuszczę do końca kariery. Byłem niski, drobny, wręcz chudy, gdy zjawiłem się na treningach. Roman Dukiniewicz, mój pierwszy szkoleniowiec, podjął niezwykle śmiałą decyzję, bo postanowił całkowicie pominąć trening, jaki klasyka metodyki nakazywała prowadzić z dziećmi. Od razu zacząłem ćwiczyć dla dość dalekiej przyszłości, tak jak junior, nawet nie młodszy. Skakałem na miękkich tyczkach, z nabyciem których były wielkie trudności. A gdy już udało się je kupić, to wiek, wzrost i waga nie pozwalały mi na właściwy uchwyt. Pierwszych siedem lat było trudnych psychicznie, zwłaszcza że byłem bardzo młody, bo nie odniosłem żadnego sukcesu, który stałby się silną motywacją. Wiele razy denerwowałem się okropnie, gdy moi rówieśnicy po zaledwie trzech miesiącach treningu zaczynali uzyskiwać takie same rezultaty jak ja po czterech czy pięciu latach. Rodzina tłumaczyła mi, że wyniki na pewno przyjdą, że trener wie, co robi, że przyjął właściwą metodę.
– Po kilku latach zmieniłeś się fizycznie, zacząłeś rosnąć, przybierać na wadze, stałeś się silniejszy.

– Łukasz Michalski, od lat mój serdeczny przyjaciel i rywal, przez długi czas był ode mnie o głowę wyższy i znacznie silniejszy. Nie umiem dokładnie określić momentu, w którym zaczęły zmieniać się moje parametry fizyczne, ale nastąpiło to mniej więcej w wieku 15 lat, może kilka miesięcy później. Symptomem zmian było to, że podczas zajęć na siłowni zacząłem dźwigać takie same ciężary, jakie podnosili inni. Ale lepsze wyniki wciąż nie nadchodziły. Szczególnym rozczarowaniem dla mnie był fakt, że kolega, który trenował intensywnie przez trzy miesiące, pojechał na Ogólnopolską Olimpiadę Młodzieży do Zielonej Góry, a ja nie uzyskałem wymaganego minimum.
Mój najlepszy rezultat wynosił wówczas 3,60. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wszystko się zmieniło. Pojechałem do Torunia na ostatnie zawody w letnim sezonie i skoczyłem 4 metry 10 centymetrów. Za jednym zamachem poprawiłem się o pół metra!

Cztery miesiące później Paweł zdobył pierwszy mistrzowski tytuł, wygrywając halowe mistrzostwa Polski juniorów wynikiem 4,40 m. Latem 2006 roku zwyciężył w OOM w Łodzi, poprawiając się na 4,70. A jednak był w cieniu kolegów, zwłaszcza Michalskiego.

– Nerwy znów zaczęły mną rządzić. Podczas zawodów zarabiałem kartki za niestosowne zachowanie. Właściwie ponownie znalazłem się na lodzie. I wtedy Wiaczesław Kaliniczenko namówił mnie, bym pojechał na dobrze opłacane zawody do Żar. Nie miałem pieniędzy, klub nie kwapił się do sfinansowania mojej eskapady. Jednak pojechałem, wystartowałem. Konkurs był długi, było ciepło, gdy chciałem się czegoś napić, musiałem pożyczyć kilka złotych od kolegi. Skakałem coraz wyżej i zostałem zwycięzcą zawodów! W nagrodę otrzymałem 2,5 tysiąca złotych. Nigdy przedtem nie miałem w rękach takiej sumy, więc nie bardzo wiedziałem, co z tymi pieniędzmi zrobić.

W 2008 roku przyszedł tak długo oczekiwany pierwszy sukces międzynarodowy. W mistrzostwach świata juniorów, które odbyły się w jego rodzinnej Bydgoszczy, Paweł wywalczył srebrny medal. Ustanowił także nowy rekord kraju w tej kategorii wiekowej rezultatem 5,51, wymazując rekord z brodą należący jeszcze do Sebastiana Chmary. Nie ulegało wątpliwości, że współpraca z trenerem Michalskim i wspólny trening z jego synem Łukaszem zaczęły przynosić efekty.

– Z Łukaszem rywalizowaliśmy podczas każdego ćwiczenia, może z wyjątkiem zajęć na siłowni, których nigdy nie lubiłem. Nie jestem taki jak kajakarski mistrz świata Piotr Siemionowski, który wyżywa się w podnoszeniu coraz większych ciężarów. Wolę opierać się na sile własnych mięśni rosnących w sposób, że tak powiem, naturalny.
Obaj mistrzowie świata z 2011, w dwóch różnych dyscyplinach, urodzili się tego samego dnia, tyle że Siemionowski jest o rok starszy. O tym fakcie dowiedzieli się dopiero… ode mnie.
2011 rok przyniósł Pawłowi oszałamiające sukcesy. Najpierw wygrał młodzieżowe mistrzostwa Europy, potem, podczas mityngu w Szczecinie, ustanowił nowy rekord kraju seniorów rezultatem 5,91, uzyskując jednocześnie najlepszy wynik na świecie. Uwieńczeniem miały być mistrzostwa świata.

– Kwalifikacje do głównego konkursu przeżyłem strasznie. Już wcześniej czułem się nieswój, nie mogłem spać. Gdy ostatecznie wywalczyłem awans jako ostatni z zawodników, nastrój miałem podły, obawiałem się tego, co będzie nazajutrz. Pocieszył mnie Piotr Małachowski, mówiąc, że skoro tak się męczyłem w kwalifikacjach, to wygram finał. I rzeczywiście wszystko szło jak z płatka. Może pomogła w tym także długa telefoniczna rozmowa z moją dziewczyną?
Na pewno jednak pomogło zaciśnięcie pasa jeszcze przed mistrzostwami. Niestety uwielbiam jeść, zwłaszcza fast foody, co odbija się na wadze. Najgorzej jest zawsze na początku sezonu. Na dwa tygodnie przed wyjazdem do Korei miałem pięć kilogramów nadwagi! W Daegu ważyłem już tyle, ile powinienem. Od lat mam problemy żywieniowe, niektóre badania specjalistyczne wykazywały, że w moim organizmie jest aż 12 procent tłuszczu. Na szczęście gdy to konieczne, potrafię zmusić się do przestrzegania diety.

Od 13 lat jest w sporcie, spędza wiele godzin dziennie na stadionach lekkoatletycznych i w halach. Życie Pawła nie składa się jednak wyłącznie ze skakania o tycze i zajęć do tego przygotowujących. Jest studentem, może w przyszłości będzie trenerem. Wolny czas dzieli między dwa ulubione zajęcia. Jednym z nich jest łowienie ryb, a można to robić nawet w centrum Bydgoszczy, przez które przepływa Brda. Najbardziej lubi jednak wyjechać za miasto, nad rzekę lub jezioro otoczone lasami.

– Szczególną frajdę sprawia mi „polowanie” spinningiem na szczupaki. Ale złowienie ryby nie jest dla mnie najważniejsze. Po długich posiedzeniach nad wodą czuję się zrelaksowany, mam wewnętrzny spokój. A jeśli się coś przy okazji złapie, to fajnie, jeśli nie, nie ma żadnego problemu.

Bardzo lubi także kino, ale najbardziej oglądanie filmów w domu, w ciszy i spokoju. Dzisiejsza technika na to pozwala. Szczególnym sentymentem darzy filmy z gatunku science fiction.

– Po prostu kocham oglądanie niesamowitych wprost efektów specjalnych. „Gwiezdne wojny” czy „Powrót do przyszłości” widziałem tyle razy, że nie potrafię dokładnie policzyć, ale za każdym razem czynię to z przyjemnością.
Paweł pochodzi z rodziny mocno usportowionej, w której jednak nigdy się nie przelewało. Ojciec jest listonoszem, mama pracuje w Tesco. Deszcz finansowy, który spadł na niego po mistrzostwach świata, nie zamącił mu w głowie. Podobnie jak fakt, że stał się niemal celebrytą. – Nie przepadam za udziałem w rozmaitych imprezach, za oficjalnymi wizytami, przejawami popularności – twierdzi. Marzy mu się medal igrzysk. Najlepiej, żeby w Londynie były dwa dla Polski: dla niego i dla Łukasza Michalskiego.