Michał Jeliński

Urodzony 17.03.1980 roku w Gorzowie Wielkopolskim. 193 cm, 89 kg. Żona Kamila, syn Wojciech (1 rok). Wioślarz, czterokrotny mistrz świata w czwórce podwójnej (2005–2007 i 2009), mistrz olimpijski w 2008, mistrz Europy w 2010, wicemistrz świata (U-23) w 2x, akademicki mistrz świata w 2x. Absolwent Liceum Ekonomicznego w Gorzowie Wielkopolskim oraz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu (finanse i bankowość Unii Europejskiej). Członek AZS AWF Gorzów Wielkopolski, wychowanek trenerów Marka Kowalskiego i Aleksandra Wojciechowskiego.

– Złe samopoczucie miewałem już w 2002 roku. Byłem ospały, męczyło mnie ciągłe pragnienie, chudłem. Tłumaczyłem to sobie ogromną ilością obowiązków, bo coraz intensywniej trenowałem, a jednocześnie zdawałem ostatnie egzaminy na uczelni i pisałem pracę magisterską. Sportowo rok nie był zły, po raz drugi zająłem 2. miejsce w polskim rankingu młodzieżowców (za Pawłem Rańdą), byłem drugi w mistrzostwach świata do lat 23. Zimą miałem chwile słabości, latem też, coś nie dawało mi spokoju. I choć w polskim środowisku wioślarskim, nawet wśród absolwentów AWF-ów, wiedza o cukrzycy nie była rozpowszechniona, niektórzy przebąkiwali, że jestem chory i to genetycznie. W dodatku dawali mi rady, których treść, gdy sobie je przypomnę, budzi dziś we mnie śmiech.
Najgorszym dniem w moim życiu był 3 września 2003 roku, tuż po powrocie z niebyt udanych mistrzostw świata w Mediolanie. Werdykt diabetologa był jak uderzenie obuchem, bo nie ulegało dla niego wątpliwości, że mam cukrzycę i to już zaawansowaną. Oczywiście, jak niemal wszyscy w wioślarskim świecie, wiedziałem, że cierpi na tę chorobę Steven Redgrave, najlepszy w historii wioślarz. Co innego jednak słyszeć o przypadkach innych, a co innego dowiedzieć się, że choroba dotyczy ciebie. Po słowach lekarza, że będzie mi ciężko, że powinienem się liczyć z gorszymi wynikami, być może nawet z zakończeniem kariery, poczułem się tak jakby świat zawalił mi się na głowę. Byłem mu jednak wdzięczny, że mnie nie oszukiwał, nie dawał złudnych nadziei na przyszłość, mówił otwarcie, że jestem na tę chorobę skazany. Ale doceniałem także to, że nie namawiał mnie do porzucenia wyczynowego sportu. Po prostu postawił sprawę jasno, a decyzję pozostawił mnie.
W następnym roku były igrzyska, najpierw jednak należało się na nie zakwalifikować. Michał marzył o nich, więc otrzymał dokładne wskazówki, jak ma się odżywiać, jak stale kontrolować organizm, co mu wolno, a czego nie. Łatwo mu nie było, znalazł się w całkowicie nowej sytuacji. Był człowiekiem zdyscyplinowanym, a choroba wzmocniła jego siłę woli, więc ku zdumieniu wielu osób potrafił wywalczyć prawo startu w Atenach w dwójce podwójnej z Adamem Wojciechowskim. Uzyskana przez nich lokata nie była zbyt dobra, ale…

– Ten start stanowił dowód, że to, co robię, nie jest bez sensu, że mogę się sportowo rozwijać, a rodzaj treningu i budowanie zdrowia są skuteczne – mówi Michał. – Po występie polskiej ekipy w Schinias powstała w kadrze całkiem nowa sytuacja, bo rozleciała się czwórka podwójna, firmowa osada polskiego wioślarstwa, oczywiście po klęsce w finale. Kandydatów do nowej osady było sześciu, na czele z Markiem Kolbowiczem i Adamem Korolem, zawodnikami o pozycji właściwie nie do podważenia. Z pozostałej czwórki właśnie ja i Konrad Wasielewski zyskaliśmy zaufanie. Najpierw zajęliśmy 3. miejsce w jednym Pucharze Świata, potem 2. w następnym. Do dalekiej Japonii, do Gifu, pojechaliśmy z nadziejami, że przynajmniej dotrzemy do finału. My, młodsi, zdawaliśmy sobie sprawę, że dla Marka i Adama to decydująca próba. Jeśli przegramy, oni na pewno zakończą karierę. Nie chcieliśmy ich zawieść, wiedzieliśmy, ile zrobili dla polskiego wioślarstwa. I to był jeden z najwspanialszych wyścigów w mojej karierze. Złotym medalem otworzyliśmy sobie drzwi do wielkiej kariery.
11 lat wcześniej 15-letni wówczas Michał nie mógł się spodziewać, że zostanie jednym z najsławniejszych wioślarzy świata, że osiągnie szczyty, że stanie się jednym z „Dominatorów”, jak powszechnie nazywano polską czwórkę, która dokonała wyczynu bez precedensu. W niezmienionym składzie biało-czerwoni wygrywali w pięciu kolejnych największych imprezach świata – igrzyskach i mistrzostwach świata. A na dokładkę dorzucili tytuł mistrzów Europy, bo na mistrzostwa świata w 2010 nie pojechali.

– Właśnie w1995 roku uczestniczyłem w pierwszych swoich zawodach. Ten występ zapamiętałem na całe życie. W dwójce dopłynęliśmy z kolegą na ostatnim miejscu, przedostatni na mecie mówili nam potem, że nas nie widzieli, bo byliśmy tak daleko. W jedynce nie przepłynąłem nawet 200 metrów. Złapałem „raka” (tak określa się błąd, jakim jest niewyjęcie wiosła na zakończenie pociągnięcia) i znalazłem się w wodzie. Na szczęście ci, którzy płynęli w tym wyścigu, nie pamiętali po latach, kto był tym nieudacznikiem. Wiem dobrze, bo rozmawialiśmy o tym wyścigu później i zastanawiali się, kto mógł tak marnie wiosłować. Oczywiście nie przyznałem się.
Michał jest człowiekiem sportu. Od najmłodszych lat uganiał się po boiskach, biegał, pływał, więc gdy Marek Kowalski, nauczyciel wychowania fizycznego w jego szkole, a także trener wioślarstwa, ogłosił do nabór do klasy sportowej, stawił się na wezwanie natychmiast.

– Teoretycznie była to klasa wioślarska, ale ani w szkole, ani w klubie nie było sprzętu, pan Marek zatem prowadził zajęcia ogólnosportowe. Graliśmy w futbol, w koszykówkę, siatkówkę, biegaliśmy, uprawialiśmy gimnastykę. Może zabrzmi to jak żart, ale wiosła do ręki wzięliśmy po… czterech latach! Pamiętam jak denerwowałem się, gdy miałem wsiąść do czwórki, która notabene stała na kobyłkach na nabrzeżu. Inna sprawa, że posadzenie takich szczawików jak my w wywrotnej łódce na wodzie było dużym ryzykiem.
Dodam jeszcze, że choć niemal zawodowo spędzam życie nad wodą i na wodzie, to jestem jej wierny również w wolnych chwilach. Nie znudziła mi się dotąd i chyba nigdy się nie znudzi. Ten żywioł po prostu mnie relaksuje. Każdego roku staram się, teraz już wspólnie z żoną, choć na dwa tygodnie wyjechać nad morze. Obojętnie czy nad nasz Bałtyk, czy odległe od Polski. Największą frajdą był dla nas pobyt na Hawajach. Wydatek duży, ale warto było, tym bardziej że wszystko załatwialiśmy sobie sami na miejscu. Tylko bilety w obie strony mieliśmy wykupione wcześniej. A przez tygodnie pobytu organizowaliśmy sobie wszystko, od miejsca w hotelu przez wynajem samochodu po deskę windsurfingową.
Poznańską Wyższą Szkołę Bankowości Michał ukończył kilka lat temu. Ma dobry zawód, ale ze zrozumiałych względów na razie go nie uprawia, jest profesjonalnym sportowcem.

– Kiedyś jednak do zawodu wrócę. Zresztą stykam się z finansami i bankowością, bo bardzo lubię usiąść sobie wieczorem przed ekranem komputera i wędrować dzięki różnym platformom internetowym po światowych rynkach.