Marzenna Koszewska

Urodzona 28.11.1960 roku w Warszawie. Mąż Mirosław, syn Rafał (23). Absolwentka Wydziału Turystyki i Rekreacji Studium Hotelarsko-Turystycznego w Warszawie. Obecnie dyrektor do spraw logistyki i kontaktów międzynarodowych Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Włada angielskim i hiszpańskim. Jest pierwszą w historii polskiego sportu kobietą pełniącą funkcję szefa polskiej misji olimpijskiej – Londyn 2012.

Na ścianie w pokoju Marzenny Koszewskiej od wielu miesięcy wisi wielkich rozmiarów płachta papieru, na której wypisane są wszystkie zadania, jakim musi podołać szef, a raczej szefowa, naszej misji olimpijskiej. Roi się na niej od punktów i podpunktów, z których znaczna część już została zrealizowana.

– Nie wszystko mam zrobić sama, ale oczywiście nad wszystkimi muszę sprawować pieczę i pilnować terminów narzuconych przez MKOl i Komitet Organizacyjny Igrzysk Olimpijskich. Część zadań można wykreślić, bo już zostały wypełnione w 2011 roku, ale najważniejsze, czyli operacja wyjazdu do Wielkiej Brytanii, pobytu i start, oczywiście przed nami – uśmiecha się Marzenna.

Znamy się od wielu lat, właściwie niemal od początku jej pracy w Polskim Komitecie Olimpijskim. Młodziutką, wielkiej urody kobietę nietrudno było dostrzec w dawnej siedzibie PKOl przy ulicy Frascati w Warszawie, choć z początku była „myszką” w sekretariacie. Systematycznie pięła się po urzędniczej drabinie, podnosiła kwalifikacje, rozwijała wiedzę. Niepostrzeżenie stawała się osobą nieodzowną w biurze, a potem w naszych misjach olimpijskich, poczynając od Seulu. Ma na koncie 11 takich wyjazdów, a w 2010 roku w Vancouver była już zastępcą szefa. W sportowym środowisku, zwłaszcza wśród ludzi znających mechanizmy trudnych operacji, jakimi są starty reprezentacji narodowej w igrzyskach, jej nominacja nie wzbudziła sensacji. Nikt z nich bowiem nie powątpiewa w kwalifikacje Marzenny.

– Nigdy nie uprawiałam sportu wyczynowo, nawet na najniższym poziomie, ale zawsze lubiłam oglądać dobre widowiska, zwłaszcza mecze siatkówki, obojętnie męskiej czy kobiecej, zawody łyżwiarstwa figurowego, skoki narciarskie. Przyznam, że nie lubiłam i nadal nie lubię sportów walki, nie wyłączając szermierki, choć może nie powinnam wyrażać takiej „niepolitycznej” opinii, by się nie narazić Adamowi Krzesińskiemu i Marianowi Sypniewskiemu, medalistom w tej dyscyplinie, z którymi obecnie pracuję w PKOl. Od dziecka uwielbiałam za to jeździć na rowerze, bez niego nie wyobrażam sobie życia. Zarówno codziennego, jak i wakacyjnego.

– Skąd się wzięła ta miłość?

– Szczerze mówiąc, dokładnie nie pamiętam, ale z dzieciństwa. Na szczęście mąż podziela moją pasję, jeździmy zatem nie tylko podczas wakacji, ale również w Warszawie. Mieszkamy na Bemowie, więc można powiedzieć, że za płotem mamy Puszczę Kampinoską, ale potrafimy przejechać przez całe miasto, aż do Konstancina. Na szczęście w stolicy buduje się coraz więcej ścieżek rowerowych. A gdy wyjeżdżamy na urlop do ukochanej Chorwacji, na dachu samochodu stoją rowery. Dzięki nim na miejscu jesteśmy całkowicie niezależni, możemy zwiedzać to, co chcemy, nie siedząc w blaszanym pudełku.

– Ale rower chyba nie przesłania ci reszty całego świata przyjemności…

– Nie. Kocham tańczyć, po prostu uwielbiam. Nie jesteśmy już młodzieniaszkami, ale chodzimy z mężem na kurs tańca towarzyskiego, budząc tym zdumienie młodych. Idzie nam naprawdę dobrze. Uwielbiam też psy, zawsze były przy mnie. Dowiedziałam się ostatnio, że można czworonoga nauczyć, by biegał wokół roweru. Niestety mój pies, który nazywa się Salsa, bo jego imię wyraża moje pasje, jest oporny na „kolarską wiedzę”. Dodam, że to pierwszy pies, który nosi „taneczne” imię. Poprzednie nazywały się jak napoje: Porter, Pepsi i Fanta (dwa ostatnie to marki Coca-Coli, wieloletniego światowego sponsora ruchu olimpijskiego).

– Czy jesteś przywiązana do konkretnej rasy psów?

– Nie, cała rodzina wybiera następnego, innego, choć przyznaję, że wszystkie są rasowe.

– Skąd wzięłaś się w sporcie? Wprawdzie turystyka to pokrewna dziedzina, ale jednak tylko pokrewna!

– Jak to teraz modne, przynajmniej w niektórych kręgach, z protekcji – śmieje się Marzenna. – Moja mama Krystyna Nowakowska pracowała w Polskiej Federacji Sportu, była urzędniczą prawą ręką jej szefów – Mariana Renkego i Janusza Pawluka, którzy jednocześnie kierowali polskim ruchem olimpijskim. A że właśnie skończyłam naukę, znałam angielski i hiszpański, mama wpadła na pomysł, bym zatrudniła się w PKOl (prezydentem MKOl był już wówczas Juan Antonio Samaranch). Poleciła moją skromną osobę szefom. Uznali, że córka musi mieć podobne cechy jak matka, którą ogromnie cenili, więc trafiłam na Frascati, gdzie wówczas mieściła się siedziba PKOl. Proszę sobie zbyt wiele nie wyobrażać, na najniższe urzędnicze stanowisko, o czym ty zresztą dobrze wiesz.

– Od wielu lat z konieczności jesteś, przepraszam za określenie, włóczykijem. Wiele tygodni w każdym roku spędzasz na walizkach. Czy jeszcze to wytrzymujesz?

– Od wczesnej młodości lubiłam podróżować, poznawać nowe miejsca i nowych ludzi, o co akurat w sporcie nietrudno. Ale ostatnio bywam już zmęczona i czasem, o ile mogę, z wyjazdu rezygnuję. Ale nie na wakacje! Mąż jest pod tym względem podobny do mnie, więc nie możemy usiedzieć w miejscu. On się też w życiu najeździł służbowo, bo był śpiewakiem i występował z Filharmonią Narodową. Niekiedy obojga nas nie było w domu i wówczas synem musiała się zajmować babcia. Ale bywało też tak, że Rafał był pod opieką taty. Półtora miesiąca po jego urodzeniu wyjechałam do Seulu, na swą pierwszą misję olimpijską i wtedy… karmiącym był mąż.

– Czy masz jakieś ulubione miejsce na świecie i w Polsce?

– Mam! Jest nim Chorwacja, z piękną przyrodą i architekturą. Wyjeżdżamy tam niemal co roku, ale nie po to, by wyłącznie wylegiwać się na słońcu. Zwiedzamy ile się da i co się da. Nasze pasje podzielają młodsi. Syn i jego paczka przyjaciół, ledwie wrócimy z wakacji, pytają się czy w następnym roku wyjedziemy i kiedy. Trzeba jednak próbować wszystkiego, więc bywamy w różnych miejscach na świecie. Ostatnio na Karaibach, w USA, w RPA i na Mauritiusie, w Argentynie i Brazylii. Mąż zmienił zawód, porzucił niepewną karierę śpiewaczą i został, nazwijmy to, agentem ubezpieczeniowym, odnoszącym spore sukcesy. I właśnie w nagrodę za jego osiągnięcia wyjechaliśmy na te wspaniałe wycieczki. Mam też ulubione miejsca w Polsce. Po pierwsze Kazimierz Dolny, pod drugie Zakopane, za którym tęsknię, bo rzadko mogę tam bywać, po trzecie Trójmiasto. Mogę powiedzieć, że większości weekendów nie spędzamy w domu, a jeżeli zostajemy w Warszawie, nadrabiamy zaległości rodzinne i towarzyskie.

– Wróćmy do spraw sportowo-organizacyjnych. Jakie są twoje najważniejsze zadania związane z pełnieniem funkcji szefowej polskiej misji olimpijskiej?

– Przygotowanie logistyczne wyjazdu i pobytu naszej reprezentacji. Na długo przed zawodami niby wszystko wiadomo, otrzymaliśmy bowiem tzw. olimpijską biblię – Dossier Szefa Misji, ale kluczowe dla naszej wiedzy o igrzyskach i ich mechanizmach było spotkanie szefów misji olimpijskich dokładnie na rok przed zawodami. Odbyło się w sierpniu w Londynie. Poznaliśmy osobiście szefów wszystkich bez wyjątku służb, ustaliliśmy mnóstwo szczegółów. Nasza reprezentacja będzie mieszkała w trzech wioskach olimpijskich: w głównej w Londynie, w Eton (wioślarze i kajakarze) oraz w Weymouth (żeglarze). Jeszcze w 2011 roku ustaliłam sama ze sobą, że postaram się być w każdej, choć oczywiście moje stałe miejsce będzie w Londynie. W 2011 roku nie wiedzieliśmy jeszcze dokładnie, ile osób znajdzie się w naszej reprezentacji, bo kwalifikacje wciąż trwały. Zamówiliśmy jednak wszystko z takim naddatkiem, że nawet jeśli będzie bardzo liczna, dla wszystkich wszystkiego wystarczy.

Wiele zadań czeka mnie oczywiście już na miejscu, ale naprawdę nie obawiam się dużej ilości obowiązków. Mam przecież doświadczenia z 11 wyjazdów na igrzyska olimpijskie. Pełniłam w misjach olimpijskich różne funkcje, przyglądałam się, jak działali ich szefowie, i wyciągałam wnioski…