Jerzy Kulej

Urodzony 19.10.1940 roku w Częstochowie. Żony Helena i Alicja, syn Waldemar. Dwukrotny mistrz olimpijski w boksie w wadze lekkopółśredniej (Tokio, Meksyk), dwukrotny złoty i raz srebrny medalista mistrzostw Europy, 348 walk, z tego 317 wygranych. Absolwent LO dla pracujących w Warszawie, potem warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Odznaczony krzyżami Kawalerskim i Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, prezes Klubu Polskich Medalistów Olimpijskich, poseł na Sejm (2001–2005).

– Pierwszy był biologiczny. Wkrótce po moim urodzeniu, jak mawiano wtedy, poszedł do lasu i tam spędził wojnę. Po jej zakończeniu nie wrócił już do rodziny. O porzucenie nas miałem zawsze do niego ciężkie pretensje, nawet dziś jest mi się z tym trudno pogodzić. Drugim ojcem był pan Wincenty Szyiński, trener boksu w Starcie Częstochowa. Jego też ciężko doświadczył los. Żona była w ciąży, kiedy została zatrzymana w łapance. Wywieziono ją do Lublińca i w domu dla psychicznie chorych poddano okrutnym eksperymentom. Straciła dziecko, utraciła zmysły i po wyzwoleniu była wrakiem człowieka. Pan Wincenty opiekował się nią serdecznie, potem ja mu w tym pomagałem. Drugiego ojca poznałem, gdy przyjął mnie do klubu.

Młodzież często bywa okrutna wobec niższych, słabszych, gorzej urodzonych, z rozbitych rodzin. A ja taki właśnie byłem. Nie dopuszczano mnie do gry w piłkę, czasem dostawałem lanie. Systematycznie rosła we mnie chęć pokazania, że nie jestem gorszy, szukałem sposobów wyróżnienia się. U stóp Jasnej Góry potrafiłem się ślizgać po lodzie na bosaka, zdzierając skórę na stopach do krwi. Gdy biegaliśmy po szkolnym boisku, inni kończyli zabawę, a ja zostawałem aż do chwili, gdy dozorca po prostu mnie wypędzał.

Niespełniony ojciec, jakim był pan Wincenty, opiekował się wszystkimi chłopcami, ale mną jakoś szczególnie. Ja także do niego przylgnąłem. Z czasem pozwolił mi mówić do siebie po imieniu, co do dziś traktuję jako wielkie wyróżnienie. Dość często jestem w Częstochowie, bo nigdy nie straciłem uczuć do rodzinnego miasta, a wtedy zawsze odwiedzam jego grób.
Mój drugi ojciec, jak się szybko dowiedziałem, był wychowankiem trzeciego, czyli Feliksa „Papy” Stamma. Instruktorską wiedzę zdobył na kursach prowadzonych wówczas przez głównego trenera kadry (takie były zwyczaje w latach 50.), stosował wiele elementów, które wyniósł z tej specyficznej, znakomitej szkoły, o czym wkrótce miałem możliwość się przekonać.

Z trzecim ojcem zetknąłem się podczas turnieju juniorów w Lublinie. Nic nikomu nie mówiąc, wsiadł do pociągu i w swej nieodłącznej czapeczce przyjechał na zawody młodzieży. A było kogo oglądać! Był Piotr Gutman, Władek Komar i wielu innych, którzy później walczyli w reprezentacji. Stanisław Zalewski, legendarny masażysta kadry narodowej, cień Stamma, powiedział mi szeptem, że spodobałem się „Papie”. Ale droga do kadry była jeszcze długa, tym bardziej że dosłownie z każdym miesiącem mężniałem. Zaczynałem boksować od wagi muszej, by przez kogucią, piórkową i – dłużej – lekką trafić wreszcie do lekkopółśredniej.

W 1958 roku na Torwarze odbył się wygrany przez nas mecz Polska – Francja. Byłem trzecim rezerwowym. Po trzech dniach w Bydgoszczy nasza reprezentacja miała się zmierzyć z Jugosławią. A tu pech, w wadze lekkiej nie było nikogo, bo jeden z zawodników miał kontuzję, drugi na Torwarze leżał na deskach po ciosie Francuza.

„Papa” powiedział mi, że ja wystąpię w ringu. Dostałem dres z napisem „Polska”, co dla mnie było niebywałym wyróżnieniem. Natychmiast ubrałem się w niego i pognałem do łazienki, by przyglądać się sobie w lustrze.
Debiut Jerzego był znakomity. Jego przeciwnik – Vitić – wylądował na deskach, Polska wygrała 18:2, a bydgoska publiczność dziewięć razy śpiewała „Sto lat”. Po raz pierwszy na cześć Kuleja. Wyróżniający się młody bokser niemal natychmiast trafił do warszawskiej Gwardii. Klub załatwił mu naukę zawodu kuśnierza, bo jego mama uważała, że to wspaniały fach, dający dobry kawałek chleba. Dostał także miejsce w internacie, stypendium, a wkrótce potem mieszkanie (pokój z kuchnią).

– W tamtych czasach, w końcu lat 50. i w 60., inaczej patrzono na sport, na osiągnięcia zawodników. Władze wszystkich stopni doceniały sportowców. Dla tych, którzy odnosili międzynarodowe sukcesy, było właściwie wszystko. Nie było prośby, którą odrzucano. Pamiętam, że gdy po zwycięstwie w igrzyskach w Tokio poprosiłem o możliwość zakupu volkswagena 1200, w rewelacyjnej wówczas cenie załatwił mi go osobiście premier Józef Cyrankiewicz.
Wielki, międzynarodowy debiut Jerzego miał miejsce w 1959 roku, podczas mistrzostw Europy (mistrzostw świata nie było wtedy w kalendarzu) w Lucernie. Już w pierwszej rundzie nieznany bliżej na międzynarodowej arenie nastolatek z Polski trafił na faworyta. Rumun Dumitrescu przegrał przez nokaut! Kulej stał się czarnym koniem i ulubieńcem widowni.

– Pochwalne recenzje, ogromne zainteresowanie mnie zgubiły. Wielu widziało mnie na najwyższym stopniu podium. Ja sam byłem przekonany, że na nim stanę. Z kolejnym rywalem, Włochem Brandim, powinienem był poradzić sobie bez trudu. Ale w głowie mi się zagotowało, nie słuchałem nawet uwag „Papy”, chciałem koniecznie Brandiego znokautować. Trenerem Włochów był wówczas Natale Rea, wielki taktyk, niewiele ustępujący samemu Feliksowi Stammowi. Przekonany o mojej, nie waham się powiedzieć, młodzieńczej głupocie, tak ustawił swego pięściarza, że przegrałem pojedynek 2:3. To była lekcja, którą zapamiętałem do końca życia.

Po Lucernie nadeszły dla Jerzego wspaniałe lata. Wprawdzie boleśnie odczuł pominięcie w składzie reprezentacji na igrzyska olimpijskie w Rzymie, ale sam obiektywnie przyznawał, że byli lepsi: Kazimierz Paździor i Marian Kasprzyk. Wkrótce jednak stał się najmocniejszym punktem reprezentacji, w której łącznie wystąpił 36 razy. W 1963 roku zaczęła się jego fantastyczna seria – złoty medal mistrzostw Europy 1963, złoto olimpijskie 1964, złoto mistrzostw Europy 1965, złoty medal w Meksyku w 1968 roku!

– Powiem krótko, żyło mi lekko i przyjemnie. Właściwie nie zapamiętałem żadnego ważnego czy dramatycznego wydarzenia. Nawet przez turniej w Tokio przeszedłem tak jakoś swobodnie, choć w dwóch pojedynkach jeden z sędziów, nie bardzo wiem dlaczego, wskazał na sukces rywala. Można powiedzieć, że w tym czasie „wyrąbałem” całą światową czołówkę. Za superasa uchodził Kubańczyk Betancourt, więc go znokautowałem. Ożeniłem się, urodził mi się syn, dostałem nowe, piękne mieszkanie przy ulicy Lwowskiej, niedaleko Politechniki Warszawskiej.

Zbliżały się kolejne igrzyska, poprzedzane mistrzostwami Europy w Belgradzie. Polski boks miał bronić pozycji wywalczonej w stolicy Japonii. Tymczasem Kulej miał poważny wypadek samochodowy. Uderzył w drzewo, ratując przed potrąceniem małą dziewczynkę. Winę ponosił kierowca ciężarówki, który nagle wyjechał zza zakrętu.

– Byłem naprawdę ciężko kontuzjowany. Miałem uszkodzoną szczękę, dziurę w głowie, byłem potłuczony. Na moim miejscu pojawił się Ryszard Petek, który został mistrzem Europy. Nie chciałem rezygnować, gotów byłem przygotowywać się na własny koszt i ryzyko. „Papa” obejrzał mnie dokładnie, powątpiewał, czy się odrodzę. Jeździłem do Konstancina, do profesora Weissa, i szykowałem się do igrzysk. Po turnieju w Katowicach Feliks Stamm publicznie oświadczył, że woli Kuleja po wypadku niż zdrowego Petka, ale nie tylko on decydował o składzie reprezentacji i przygotowaniach. Fakt, że był wielkim autorytetem, z jego głosem liczyli się właściwie wszyscy, ale… Zwróciłem się do Włodzimierza Reczka, prezesa Polskiego Komitetu Olimpijskiego, do szefów pionu gwardyjskiego sportu. Uznano, że skoro Stamm za mną się wstawia, to mam jechać.

W Meksyku czas Kulejowi dłużył się niemiłosiernie, bo na pierwszy pojedynek czekał siedem dni! W dodatku nie wiedział, z kim ma walczyć, bo starannie ukrywano przed nim tę informację. Pierwszym rywalem okazał się doskonały Węgier Janos Kajdi, choć „Papa” okłamywał Jerzego, że to jakiś nieznany Kajdu. Przed wyjazdem na igrzyska Kajdi zwyciężył w wielkim turnieju „Czarne Tulipany” w Holandii. Walka była niezwykle wyrównana, decydowały niuanse, ostatecznie Kulej wygrał 3:2! Droga do finału była drogą przez mękę. Z Włochem Carpettim 4:1, z Tiepoldem z NRD 3:2. Półfinał okazał się łatwy, ale w finale czekał Kubańczyk Enrique Regüeiferos Blanco, który wcześniej wszystkich zmiatał z ringu.

– Enrique był potwornie silny i szybki. Od początku trwała straszliwa wymiana ciosów. Proszę pamiętać, że walczyliśmy na wysokości dwóch tysięcy metrów, brakowało tlenu. Kilka razy oberwałem tak, że właściwie nic nie widziałem, ale jednak zauważyłem, że pod Kubańczykiem też kilka razy ugięły się nogi. „Papa” był potwornie zdenerwowany, w takim stanie nigdy przedtem go nie widziałem. W narożniku szeptał do mnie: – Jurek, musisz! Ogromnie się martwił, że pierwszy raz od lat nie zagrają Mazurka Dąbrowskiego. Wcześniej w finale przegrał Artur Olech, potem Józek Grudzień, który kandydował do nagrody Barkera. Byłem ostatnią szansą. W drugiej rundzie dostałem taką bombę, że pokazało mi się przed oczami całe życie. A przez 20 lat kariery nigdy nie przegrałem przez nokaut, więcej, nigdy nie byłem liczony. W przerwie przed trzecią rundą wydawało mi się, że nic nie widzę, miałem czarno przed oczami. Ale wyszedłem i po prostu zacząłem walić, ile sił, w tę czerń. Dostrzegłem, że Kubańczyk zerknął na zegar, więc rzuciłem na szalę ostatnie siły, bo to spojrzenie wyzwoliło we mnie agresję, ale jednocześnie wzmogło czujność. Szczerze mówiąc, nie pamiętam, jak doszedłem do narożnika, jak podniesiono moją rękę, jak wszedłem na podium. „Papa” płakał, a ja potem leżałem w szatni i doktor Moskwa podawał mi tlen.
Wkrótce potem okazało się, że największy życiowy sukces był początkiem końca. Biło mi się coraz gorzej. „Papa” odchodził, następcy gdzieś gubili główne myśli i założenia polskiej szkoły boksu. Nie starałem się już o trzecie swoje igrzyska. Czułem, że nie podołam, nadszedł nieubłaganie koniec kariery.

Nastąpił przed igrzyskami w Monachium, na których polski bokser zdobył ostatni dla biało-czerwonych barw złoty medal. Ale Kulej nie mógł żyć bez pięściarstwa. Imał się różnych przedsięwzięć. To zakładał zawodową grupę, to wiązał się z kobiecym boksem, a zawsze komentował walki w jednej ze stacji telewizyjnych. Był posłem i z równą zaciętością jak w ringu walczył o sprawy sportu w Sejmie. Tyle że w poselskich ławach nie raz go wyliczano. Jest wciąż w dziesiątce najwybitniejszy polskich sportowców w historii.

Odkąd odszedł z tego świata Feliks „Papa” Stamm, w każdą rocznicę jego śmierci Jerzy Kulej jest pierwszy na honorowej warcie przy grobie wspaniałego trenera i wychowawcy na warszawskich Powązkach.

– Wiesz, miałem trzech ojców, ale On był najważniejszy.