Helena Pilejczyk

Urodzona 1.04.1931 roku w Zieluniu koło Mławy. Mąż Lucjan, syn Jarosław (nie żyje). Brązowa medalistka olimpijska z Squaw Valley (1960, 1500 m), srebrna medalistka mistrzostw świata na 1000 m, 40-krotna rekordzistka Polski, 37-krotna mistrzyni Polski. Absolwentka Liceum Pedagogicznego w Kwidzynie, nauczycielka, trenerka, wychowawczyni kilkunastu czołowych polskich panczenistów.

– Do sportu wyczynowego trafiłam późno, bardzo późno, miałam 21 lat! Moja rówieśnica i przyjaciółka Elwira Seroczyńska (wówczas jeszcze Potapowicz) była już mistrzynią kraju, a ja dopiero zaczynałam ćwiczyć na sucho, posuwając się w półprzysiadzie po parkiecie. Nazajutrz po pierwszym treningu nie mogłam ruszyć ani ręką, ani nogą i na kilka miesięcy przestałam myśleć o sporcie – o trudnych początkach opowiada Helena.

– Najlepsze lata zabrała mi wojna, którą przeżyłam głównie w Warszawie, łącznie z powstaniem i pobytem w obozie w Pruszkowie. Po wyzwoleniu osiedliliśmy się w Kwidzynie i spełniłam swoje pierwsze marzenie, czyli zdobycie kwalifikacji nauczycielskich. Dostałam nakaz pracy w Elblągu i tam zaczęła się moja życiowa przygoda. Pierwsze sportowe koty za płoty były trochę zniechęcające, ale w grudniu 1952 roku, gdy moi uczniowie rozpoczęli ferie świąteczne, poszłam z nimi na miejską pływalnię, by pojeździć na łyżwach. Basen był odkryty, zimą zamieniał się w wielką ślizgawkę. I wtedy dostrzegł mnie Kazimierz Kalbarczyk. Pamiętał mnie z pierwszych nieszczęsnych zajęć i namówił na ponowną próbę, już na łyżwach. Zgodziłam się i to drugie podejście omal nie skończyło się jeszcze gorzej! Nikt mi nie powiedział, że na panczenach zaraz po starcie należy kierować nogi na zewnątrz, a nie do wewnątrz jak na krótkich łyżwach. Ledwie zrobiłam krok, a już padłam twarzą na lód. Dobrze, że nie złamałam nosa. Ten wypadek, w przeciwieństwie do pierwszego zetknięcia ze sportem, podziałał na mnie mobilizująco. Postanowiłam więc, że wieczorem tego samego dnia będę już jeździć prawidłowo. I tak się stało!

W lutym, podczas kolejnych ferii, Helena trenowała intensywnie i zaczęła wygrywać ze wszystkimi koleżankami klubowymi, uprawiającymi panczeny znacznie dłużej. Jej kariera nabrała gwałtownego przyspieszenia przez przypadek.

– Klubowa drużyna pojechała na mistrzostwa do Zakopanego, oczywiście beze mnie. Nagle przyszedł do domu telegram: „Helenko, przyjeżdżaj natychmiast, ratuj sztafetę”. W klubie nie było innych łyżew niż o cztery numery za duże na mnie, ale lepszy rydz niż nic. Pojechałam, wystartowałam, nawet nieźle, ale najgorzej było właśnie w sztafecie. Leżałam, wszystkie pozostałe dziewczyny, Elwiry nie wyłączając, także. Zamiast sukcesu była klęska! Zespół Stali Elbląg otrzymał jeszcze jedną szansę, dodatkowy bieg po rekord kraju. I pojechałyśmy wspaniale. W pierwszym moim poważnym starcie ustanowiłam rekord kraju. A potem seria rekordów i zwycięstw zaczęła się w 1954 roku, od sukcesu na 500 metrów.
Kariera łyżwiarki z Elbląga toczyła się błyskawicznie. W międzyczasie wyszła za mąż, ale to w najmniejszym stopniu nie przeszkodziło w awansie do kadry narodowej i udziale w mistrzostwach świata. Od razu w pierwszym starcie w mistrzostwach w fińskiej Hämeenlinnie aż trzy razy znalazła się w pierwszej dziesiątce. Podobnie było w kolejnych mistrzowskich zawodach. Choć jednak zajmowała coraz lepsze miejsca, medalu nie udawało się zdobyć. Aż do występu w szwedzkim Östersundzie, gdzie wywalczyła srebro na 1000 metrów! Było to na kilka tygodni przed igrzyskami w Squaw Valley, w których kobiety miały po raz pierwszy wystartować w łyżwiarstwie szybkim.

Niedziela 21 lutego 1960 roku była do tego czasu najwspanialszym dniem w historii polskiego łyżwiarstwa szybkiego. Najpierw Seroczyńska wygrała z Amerykanką Omelenczuk i uzyskała znakomity czas na dystansie 1500 metrów. Była liderką aż do startu ostatniej pary, w której obok siebie stanęły Helena i Rosjanka Lidia Skoblikowa.

– Jechałyśmy jak sprinterki, idealnie równo, krok w krok. Objęłam prowadzenie, ale Skoblikowa włączyła szósty bieg i zaczęła się oddalać. Gdy miała już 15 metrów przewagi, ja zrobiłam to samo i bardzo się do niej zbliżyłam. Lidia ustanowiła nowy, fantastyczny rekord świata, a ja miałam trzeci czas, za Elwirą. W tym momencie byłam najszczęśliwszą mamą na świecie, bo w 1959 roku na świat przyszedł mój syn. Był to też najlepszy wynik w historii. Jeździłam jeszcze długo, aż do 1972 roku. Pojawiło się jednak sporo młodych łyżwiarek, więc – choć biłam rekordy kraju – nie byłam już w stanie wyprzedzać robiących wielkie postępy zagranicznych rywalek.

Helena Pilejczykowa stała się więc trenerką, nie potrafiła bowiem odejść od ukochanego łyżwiarstwa. Spod jej ręki wyszła liczna gromada elbląskich panczenistów, z Ewą Białkowską na czele. To Ewa zrobiła największą spośród wychowanków Heleny karierę, choć już jako trenerka. Stworzona przez nią kobieca drużyna zdobyła brązowy medal w biegu zespołowym podczas igrzysk olimpijskich w Vancouver. Nomen omen tego samego dnia – 21 lutego, niemal o tej samej godzinie, co 50 lat wcześniej po medal mknęła trenerka i opiekunka Ewy!

Znakomitą łyżwiarkę przez dziesiątki lat można było spotkać w pobliżu toru do jazdy szybkiej. Przyjeżdżała na niemal wszystkie ważne krajowe zawody, podpowiadała młodym panczenistom, czasem sędziowała, choć głównie była to domena jej męża.

Brakowało jej jednak startów, tej niezwykłej atmosfery rywalizacji toczonej w duchu fair play, obowiązującym zawsze w łyżwiarstwie szybkim. W latach 90., po ukończeniu sześćdziesiątki, zaczęła trenować (jeździć na łyżwach nigdy nie przestała) i startować w mistrzostwach świata weteranów. W 1997 roku w Berlinie została mistrzynią świata w wieloboju w kategorii powyżej 65 lat. Pięć lat później powtórzyła ten sukces w kanadyjskim Quebecu, ale już w kategorii powyżej 70 lat. Do wszystkich startów przygotowywała się oczywiście prywatnie, na własny koszt, głównie poza Elblągiem, w którym nadal nie ma sztucznego toru.

– To cudowne uczucie raz jeszcze przeżywać młodość, spotykać się z rywalkami, emocjonować każdym startem – mówi Helena. – A przy tym poznawać nowych ludzi, nowe obiekty i nową technikę. Jakiż cudowny i gładki jest teraz lód, jak zmieniła się technika jazdy. I cudownie jest uczyć się jej.

Helena Pilejczykowa to prawdziwa ikona elbląskiego sportu. Tak ważna, ceniona i lubiana osoba, że nie zastanawiano się ani chwili nad nadaniem nowej wspaniałej hali lodowej imienia „Helena”. Może ten obiekt, przeznaczony głównie dla ścigających się na krótkich łyżwach, stanie się pierwszym etapem budowy wielkiego kompleksu lodowego z torem do jazdy na panczenach, a Helena postawi na nim pierwszy krok…