Grzegorz Śledziewski

Urodzony 18.07.1950 roku w Gdańsku. Żona Małgorzata, syn Marcin (36 lat). Trzykrotny mistrz świata w kajakarstwie (dwa razy w K-1, raz w K-2 z Ryszardem Oborskim), wielokrotny medalista mistrzostw świata, najlepszy polski kajakarz lat 70., a także chyba w historii. Absolwent Wydziału Elektrycznego Politechniki Gdańskiej i wrocławskiej AWF, trener fińskiej kadry, przez długie lata szef przedstawicielstwa fińskiej firmy papierniczej UPM-Kymmene.

Tak niestety zdarza się w sporcie, że wybitny zawodnik, zdobywca wielu medali mistrzostw świata i kontynentu, nie ma w swojej kolekcji krążka najważniejszego, czyli olimpijskiego. Grzegorz, choć startował w igrzyskach kilkakrotnie, za każdym razem tylko ocierał się o podium. Zadrę w sercu nosi do dziś.

− Trzy porażki w kolejnych trzech igrzyskach miały różne przyczyny – po latach ocenia Śledziewski. – Łączy je jedno, a mianowicie, że były to najgorsze starty w mojej długiej karierze. W Monachium w 1972 przegrałem w znacznej mierze z własnej winy. Po zdobyciu złotego medalu w jedynce w mistrzostwach świata w l971 roku (w Belgradzie) pozwoliłem sobie na zbyt duży luz podczas treningów. Okazało się, że nie można tego robić bezkarnie. Straciłem formę i nie byłem w stanie zawalczyć o medal. To zaskoczyło niemal wszystkich, także mnie, i stanowiło bolesną nauczkę. Cztery lata później w Montrealu byłem już przygotowany do zdobycia medalu. W finale jedynek na 500 metrów przechytrzyłem. Świetnie znałem rumuńskiego startera, wiedziałem, że gdy tylko uniesie rękę z pistoletem, natychmiast padnie strzał. Chciałem to wykorzystać, wpaść w strzał, jak mawiają zawodnicy. Zrobiłem delikatny ruch kajakiem, ale na pewno nie popełniłem falstartu. Rumuński sędzia dostrzegł to kątem oka i dość złośliwie wstrzymał start o sekundę. Kazał przy tym pomocniczemu arbitrowi zatrzymać mój kajak. Straciłem co najmniej metr, jeśli nie półtora. W tak wyrównanej stawce, w której o końcowym wyniku decydują ułamki sekund, była to niepowetowana strata. W dodatku straszliwie się zdenerwowałem, co oczywiście nie sprzyja rywalizacji.
W moskiewskich igrzyskach czwórka, w której płynąłem, była murowanym kandydatem do medalu. Popełniliśmy jednak koszmarny błąd taktyczny. Mieliśmy doskonały, osłonięty od wiatru, dziewiąty tor, ale zamiast popłynąć spokojnie, na 3.−4. miejscu, i rozegrać walkę o medal na finiszu, zaszaleliśmy. Nie wiem do dziś, co w nas wstąpiło, że zamiast czekać na ostatnie metry dystansu (a mieliśmy znakomite przyspieszenie), od początku narzuciliśmy straszliwe tempo. Daleko od nas, na czwartym torze, płynęli Niemcy z NRD, a ich czwórka była wówczas chyba najsilniejsza na świecie. Zmusiliśmy ich swą taktyką do ogromnego wysiłku, byli nie na żarty przestraszeni, że im odbierzemy zwycięstwo. Płynęli więc także w niesamowitym tempie, a dwie sąsiednie osady kurczowo się ich trzymały. Niemcy wytrwali do końca, sąsiedzi mdleli ze zmęczenia, ale się nie poddali. My niestety padliśmy przed metą. Gdybyśmy zastosowali inną taktykę, medal byłby murowany, jestem tego pewien. Może nawet złoty, bo osiłki z NRD nie były zbyt szybkie na ostatnich metrach, w przeciwieństwie do nas.
Kajakowa kariera Grzegorza zaczęła się, jak to najczęściej bywa, przypadkowo. Chłopięca ciekawość sprawiła, że wybrał ten sport. Miał 13 lat, gdy do Dolnego Miasta, dzielnicy Gdańska, w której mieszkała rodzina Śledziewskich, przeniosła się Victoria, późniejszy MRKS Gdańsk. Pojawiło się więc coś nowego, co zainteresowało młodzież. Nad Motławę przychodzili wszyscy chłopcy z okolicy, aby przyjrzeć się pływającym, czasem pomóc wyciągnąć kajak z wody, wytrzeć go. Wytrwałych ten sport krok po kroku wciągał. Szczyty osiągnął jednak tylko Grzegorz.

− Jestem wychowankiem trenera Jana Raabe. W kontaktach osobistych był to bardzo fajny człowiek, choć niestety niepozbawiony słabości. Miał jednak ogromne trenerskie wyczucie. Wiele rzeczy, które robił, wynikało nie z wyuczonej wiedzy, ale z tak zwanego nosa. Wyznawał ciekawą zasadę: jeśli zawodnik jest dobry, zawsze będzie dobry i szkoleniowiec pełni niewielką rolę, jeśli zaś jest słaby, to choćby nie wiadomo jak mocno z nim pracować, i tak pozostanie słaby.
Był wychowankiem MRKS-u, pierwsze medale w mistrzostwach świata zdobywał w jego barwach, ale w 1974 roku przeniósł się do Stoczniowca. Macierzystą sekcją opiekowała się Gdańska Stocznia Remontowa mająca znacznie skromniejsze możliwości niż dużo bogatsza ówczesna Stocznia im. Lenina, a zwłaszcza potężne Zjednoczenie Przemysłu Stoczniowego, pod którego patronatem działał Stoczniowiec. Nowy klub zapewniał nie tylko zatrudnienie na wyższym stanowisku, ale również znacznie lepsze warunki treningu, a przede wszystkich najlepszy sprzęt.

− Bogdan Samsel, który prowadził w tamtych latach klub, znał wszystkie ścieżki do decydentów i przy okazji podpisanych kontraktów załatwiał kajaki i wiosła najwyższej światowej jakości – wspomina Śledziewski. – I właśnie na takim, najwyższej klasy sprzęcie brałem udział we wspaniałym, chyba najlepszym w całej karierze, wyścigu. Rozegrałem go właśnie w 1974 roku, podczas mistrzostw świata w Meksyku, na pięknym torze Xocimilco, zbudowanym na igrzyska olimpijskie w 1968. Pływałem w dwójce z Ryszardem Oborskim, do finału dostaliśmy się bez problemu. Decydujący o medalach wyścig odbywał się w zaledwie 20 minut po moim starcie w jedynce, musiałem więc rozsądnie gospodarować siłami. Najgroźniejsi byli Rumuni, znani z mocnego tempa po starcie, utrzymywanego aż do połowy dystansu. Trzymaliśmy się za nimi, nie kwapiąc się do prowadzenia. Dopiero gdy rywale zaczęli wykazywać oznaki słabości, zaatakowaliśmy i nasz finisz był nie do odparcia. Na tym złotym medalu szczególnie mi zależało, bo wiele osób w kraju krytykowało mnie za pływanie w dwójce, uważając, że powinienem skupić się wyłącznie na jedynce. Tym bardziej że na krajowym podwórku rywalizowaliśmy z zasłużoną, doskonałą parą – Władysław Szuszkiewicz i Rafał Piszcz. W zawodach krajowych wygrywaliśmy z nimi systematycznie, ale za granicę wysyłano głównie starszą osadę.
Grzegorz od najwcześniejszych lat był samodzielny, także w podejmowaniu najważniejszych, wręcz życiowych decyzji. Silnie rozwinięta indywidualność sprawiła, że na szczęście dla polskiego kajakarstwa nie został wioślarzem. A mogło się tak zdarzyć, bo na rok przeniósł się do sekcji wioślarskiej gdańskiego AZS AWF. Zniechęcił się jednak do pływania w dużych osadach, w których rezultaty zależały nie tylko od niego, i wrócił do kajakarstwa.
Wybór jedynki miał także inne uzasadnienie. Grzegorz podjął studia na Wydziale Elektrycznym Politechniki Gdańskiej, więc nie zawsze mógł podporządkować się wymaganiom grupowych treningów, a do studiów podchodził serio i nie wymagał specjalnego traktowania. Zabawne, ale w wyuczonym zawodzie (dyplom z bardzo dobrymi ocenami)… nie przepracował ani godziny. Nawet gdy dostał etat w Stoczniowcu (oczywiście w tamtych czasach „lewy”), znalazł się na posadzie konstruktora, a o tym fachu nie miał zielonego pojęcia. Gdy po igrzyskach w Moskwie ogłosił zamiar zakończenia kariery, stanął przed wyborem dalszej drogi życiowej. Sprawa wydawała się o tyle prosta, że natychmiast pojawili się chętni do zatrudnienia go w roli trenera kadry. Najbardziej zainteresowani byli Brytyjczycy.

− Kontrakt miałem na wyciągnięcie ręki, ale został storpedowany przez… Polski Związek Kajakowy – opowiada Grzegorz. − Pretekstem był brak papierów, choćby instruktorskich, których zresztą brytyjski związek nie wymagał! Prawda szybko wyszła na jaw, związek chciał wysłać kogo innego, ale wyspiarze o innym Polaku nawet słuchać nie chcieli. Zostałem na lodzie, bez zaplecza finansowego. Cóż z tego, że miałem ukończone studia, znałem angielski, co wtedy było niezwykłe w środowisku. Na szczęście wraz z żoną przyjaźniliśmy się z rodzinami siatkarzy ze złotej drużyny Huberta Wagnera. Włodkowie − Stefański i Sadalski − wyjechali do Finlandii, Stefański występował w Kimmo Lahti, a opiekun hali, w której grał klub, był przyjacielem prezesa fińskiego związku. Od słowa do słowa, zainteresowano Finów moją osobą. Wyrazili chęć zatrudnienia mnie. Potrzebowałem paszportu, a dostać go nie było łatwo. Poprosiłem o pomoc Mariana Renkego, ówczesnego szefa polskiego sportu. I otrzymałem paszport od ręki, w dodatku służbowy! Zawsze ceniłem pana Renkego, bo okazywał sportowcom wielką życzliwość. Trochę zaryzykował, bo miałby pewnie przykrości, gdybym nie wrócił. Pojechałem do Lahti, uzgodniłem szczegóły i wróciłem do Polski. Natychmiast zabrałem się za gromadzenie papierów. Błyskawicznie ukończyłem eksternistyczny kurs we wrocławskiej AWF i poprosiłem związek o zgodę na podpisanie kontraktu, gdyż takie były ówczesne przepisy. Odpowiedziano mi, że… gdybym miał choć instruktorskie papiery, to przeszkód nie będzie. Jakież było zdumienie działaczy, gdy wyciągnąłem dyplom wydany przez wrocławską akademię. Słowo się rzekło, kobyłka u płotu. Pojechałem więc na oficjalny, ośmioletni kontrakt, firmowany przez Polservice.

Śledziewski przysłużył się także Krainie Jezior, wychowując tak znakomitego zawodnika jak Mikko Kohlemainen, mistrz olimpijski i świata, oraz kilku innych, należących do światowej czołówki.
Gdy zbliżał się termin wygaśnięcia kontraktu ze związkiem, rodzina Śledziewskich długo zastanawiała się, czy pozostać w Finlandii, na co namawiali siatkarze, czy jednak wracać do Polski. Zdecydowali się na powrót i okazało się, że zarobione pieniądze nie mają już takiej wartości jak wcześniej. Polska się zmieniała, uwalniało się wszystko, łącznie z handlem.

− Znajomy właściciel niewielkiej drukarni uskarżał się na nieustanny brak papieru, a wiedział, że mam znajomości w Finlandii należącej do największych jego producentów na świecie. Poprosił o pomoc, a mnie przed oczami stanęła wizja stałej współpracy. Znalazłem drogę do osób decydujących w wielkiej korporacji Kymmene i tak zaczęła się moja przygoda z branżą papierniczą, która trwa już ponad 20 lat. Nie w Finlandii, jak niektórzy myślą, lecz w Polsce.
Śledziewski był szefem przedstawicielstwa konsorcjum UPM-Kymmene w Warszawie. Musiał więc przenieść się do stolicy, ale na Wybrzeżu ma dom, do którego wyjeżdża, gdy tylko znajdzie wolną chwilę. Wisła nie może mu zastąpić Motławy, a nic nie zastąpi morza. – Rozstałem się z firmą w świetnej atmosferze, bo najwyższy czas na odpoczynek, wiek robi swoje. Niedługo wracam na Wybrzeże.

Przez czas jakiś był członkiem zarządu Polskiego Związku Kajakowego, ale zrezygnował z funkcji. Z kajakarstwem utrzymuje luźny kontakt, pojawiając się na wielkich zawodach, by po prostu spotkać się z dawnymi przyjaciółmi.