Eulalia Danuta Rolińska

Urodzona 6.01.1946 roku w Laskowcu Starym koło Zambrowa. Mąż Bohdan Roliński (dziennikarz), syn Michał (dziennikarz, prowadzi własną firmę konsultingową). Pierwsza i jedyna polska mistrzyni świata w strzelectwie sportowym, podwójna mistrzyni Europy, trzykrotnie srebrna i trzykrotnie brązowa medalistka mistrzostw kontynentu, rekordzistka świata i Europy, wielokrotna mistrzyni i rekordzistka Polski, uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w Monachium i Mexico City (nie było konkurencji kobiet, strzelała z mężczyznami). Magister inżynier, absolwentka Wydziału Mechaniki Precyzyjnej Politechniki Warszawskiej oraz dwuletniego studium trenerskiego wrocławskiej AWF. Trenerka w Legii Warszawa, członkini zarządu klubu, była trenerka kadry narodowej juniorów w strzelaniu z karabinu.

– W budynku Liceum im. Kołłątaja w Warszawie był dość duży strych, miał chyba z 25 metrów długości. Przysposobienia wojskowego uczył pan Zdzisław Stachyra, pasjonat strzelectwa sportowego, który na strychu urządził strzelnicę. Pamiętajmy, że w tamtych latach nie używano pneumatycznej broni i uczniowie strzelali amunicją z karabinów małokalibrowych. Na tych, którzy dobrze sobie radzili na tej dziwacznej strzelnicy, nauczyciel spoglądał łaskawym okiem i stawiał piątki, nie wymagając nudnego ćwiczenia się w rozkładaniu i składaniu zamka karabinu czy w musztrze wojskowej. Ja radziłam sobie dobrze, a może nawet bardzo dobrze, a do dziś… nie lubię rozkładać zamka.

– Czy strzelałaś tylko z karabinu, czy również z pistoletu?

– W latach mojej młodości kobiety z pistoletów sportowych nie strzelały, pan Stachyra nie miał takiej broni. Nie wiem, może też dobrze by mi szło, ale nie próbowałam.

– Kiedy odniosłaś pierwszy sukces?

– Dokładnej daty nie pamiętam. Miałam chyba 15 lat, gdy wygrałam mistrzostwa szkoły. Faworytką była moja starsza nieco koleżanka, tak pewną, że zabrano ją na zakupy, by wybrała sobie coś, co otrzyma jako nagrodę. A ta nagroda przypadła mnie. Kto nie lubi wygrywać…

Trener Stachyra miał wtedy sporą grupę dobrych „karabiniarzy”, trenowaliśmy nawet czasami na prawdziwej strzelnicy na Szczęśliwicach, należącej do Dowództwa Wojsk Lotniczych, a być może do ich klubu Lotnik Warszawa. Nauczyciel postanowił wysłać najlepszych z nas na mistrzostwa Polski juniorów do Bydgoszczy. To był mój pierwszy start w poważnej imprezie i od razu zwycięski. Wygrałam rywalizację w strzelaniu z trzech postaw, a że wtedy przyznano jeszcze medale za pozycje, miałam także złoto za strzelanie leżąc, srebro za strzelanie klęcząc i dyplom za 4. miejsce w strzelaniu w postawie stojącej.

– Strzelanie w pozycji stojącej nie było twoim atutem.

– Byłam dosyć drobna, w strzelaniu leżąc czułam się więc jak ryba w wodzie. W pozycji stojącej trudno było mi utrzymać karabin ważący około 5 kilogramów. Gdy zawody odbywały się w strzelaniu z trzech pozycji, szło mi zawsze o to, by w leżącej uzyskać świetny wynik, w klęczącej bardzo dobry, a w stojącej przyzwoity. Wtedy strzelało się w takiej kolejności, potem zmieniono zasadę – najpierw leżąca, potem stojąca, a na końcu klęcząca. I nie wolno zmienić kolejności (zresztą dawniej też nie było wolno), bo od razu zawodnik jest dyskwalifikowany.

– Przed laty i przez lata mówiono do ciebie Lalka. Gdy zdobyłaś mistrzostwo świata, nawet w gazetach pisano o „Złotej Lalce”. Od zamążpójścia jesteś Olą, wcześniej byłaś Danutą. Chyba nie lubisz swego pierwszego imienia?

– Przez czas jakiś byłam też Elą. Nie ja nadałam sobie pierwsze imię. Rodzice też wypierali się autorstwa, twierdząc zawsze, że wymyślił je ksiądz podczas chrztu. Lala czy Lalka to imię, którego można używać w stosunku do dziecka, powiedzmy jeszcze od biedy do nastolatki, zanim ukończyła szkołę podstawową. Nie znosiłam, gdy w młodości zwracano się do mnie zdrobniałym imieniem, niekiedy nawet „Laleczko” lub „pani Laleczko”. Gdy zdawałam na studia, a potem już na politechnice, z premedytacją używałam tylko drugiego imienia. Jako Danutę zna mnie do dziś wielu ze mną studiujących. Niestety, fajnie było tylko do czasu, kiedy… założono nam telefon. Młodszym i całkiem młodym chciałam przypomnieć, że był to przedmiot marzeń, luksus… Podałam numer koleżankom i kolegom na studiach, ktoś zadzwonił, na nieszczęście odebrała mama i radośnie oświadczyła, że zaraz poprosi Lalunię, i bańka pękła!

Gdy poznałam Bohdana, zaproponował, że będzie mówił Ola, i to mi odpowiadało. Okazało się, że to zdrobnienie imienia Eulalia się przyjęło. Zostałam Olą i pod tym imieniem zna mnie mnóstwo ludzi.

– Pozwolę sobie raz jeszcze, przysięgam, że ostatni, zwrócić się do ciebie tym nielubianym zdrobnieniem, ale wtedy, w 1966 roku, po mistrzostwach świata w Wiesbaden, nie mówiono o tobie i nie pisano inaczej niż o „Złotej Lalce”. Polskie media oszalały z wrażenia, świat był w szoku po twoim zwycięstwie. Czy była to najpiękniejsza chwila w życiu?

– Jedna z dwóch. Pół roku wcześniej skończyłam 20 lat, byłam juniorką. W serii międzynarodowych zawodów zapewniłam sobie prawo startu w mistrzostwach świata seniorek, choć zaczęłam od fatalnego falstartu, ale o tym może potem. Na mistrzostwach w Wiesbaden czułam się pewnie. Później nie raz przekonywałam się, jak ważne jest samopoczucie zawodnika. Zdobyłam złoty medal w strzelaniu z karabinu standardowego w postawie leżąc i ustanowiłam rekord świata – 591 punktów. A że koleżanki z drużyny także strzelały bardzo dobrze, reprezentacja Polski w doskonałym stylu wygrała klasyfikację drużynową, również z rekordem świata. Miałam więc dwa złote medale mistrzostw świata i dwa rekordy. Potem wystąpiłam w strzelaniu w trzech postawach. A to klasyczny przykład utraty ogromnej sportowej szansy…
W strzelaniu stojąc został mi ostatni strzał. Był silny wiatr, padało, musiałam stale korygować ustawienie ciała i przyrządów celowniczych, bo rzucało mną we wszystkie strony. Kontrolowałam czas za zegarze znajdującym się przy stanowisku. Do końca regulaminowego czasu pozostało 7 sekund, a to bardzo dużo na ustawienie siebie i broni we właściwej pozycji. I wtedy jeden członek polskiej ekipy, stojący z tyłu, krzyknął: „Lalka, strzelaj!”. Machinalnie, zupełnie niepotrzebnie, oddałam strzał. Pocisk wylądował w tarczy na dwójce, a nawet siódemka dawała mi srebrny medal mistrzostw świata. Może gdybym była starsza, miała większe doświadczenie, zignorowałabym paniczny okrzyk. Ostatecznie w tej konkurencji zajęłam 5. miejsce. W prasie pojawiły się tytuły: „Zakrzewska dopiero piąta”. A ja byłam aż piąta wśród seniorek świata, będąc jeszcze juniorką!
– A falstart w kwalifikacjach do mistrzostw świata?

– Zdarzył się podczas zawodów w Belgradzie. Strzelałam z karabinu w ulubionej pozycji leżącej, a co strzał, to gorszy wynik. Z pozoru wszystko było w porządku, aż tu w ogóle nie trafiłam w czarne pole tarczy! Nic tylko płakać. I właśnie to zrobiłam. Podszedł trener naszej ekipy i zapytał, co się stało, a potem poszedł na moje stanowisko (wówczas trenerom było wolno). Po chwili wrócił i powiedział: „Zamiast płakać, trzeba najpierw patrzeć i myśleć”. Wróciłam na stanowisko i po chwili już wiedziałam, co się wydarzyło. Przed zawodami dostałam od kogoś z drużyny celownik lepszy od mojego. Okazało się, że nie był całkiem sprawny. Nie działał zatrzask w urządzeniu mimośrodowym i przeziernik co chwila zmieniał położenie, ponieważ ładując karabin, dotykałam celownika rękawem kurtki. I mnie się wydawało, że robię wszystko idealnie, a w tarczy było beznadziejnie. Natychmiast ustawiłam przeziernik w prawidłowej pozycji i pilnowałam, żeby go nie poruszyć. Ostatecznie zajęłam przedostatnie miejsce…

– A to drugie miłe wspomnienie?

– Najmilsze. To były mistrzostwa Europy w Suhl, słynnym mieście rusznikarzy. Strzelałam jak w transie. Po ostatnim strzale było wiadomo, że nie tylko wygrałam, ale ustanowiłam rekord świata, jak mi się wydawało rezultatem 596 punktów. Gdy oglądałam wyniki przez lunetę, widziałem, że dwie kule trafiły tuż pod linią dziesiątki. Szkoda, myślałam, odbierając gratulacje. I nagle zaczęto wołać, że komisja sędziowska podała na tablicy oficjalne rezultaty. Przy moim nazwisku widniał wynik 598 punktów! Zatem oba pociski dotknęły linii między dziewiątką a dziesiątką. Ten rekord świata był tak wysoki (aktualny wówczas, należący do Jugosłowianki, poprawiłam o pięć punktów), że przetrwał do końca rywalizacji według obowiązujących wtedy międzynarodowych przepisów strzelania w tej konkurencji i jest rekordem do dziś…
Od wczesnej młodości jej pasją były lektury. Książki dosłownie pochłaniała. Im bardziej jednak rozwijała się jej kariera, tym mniej było czasu na czytanie. Ciekawe, że również po zakończeniu czynnego uprawiania sportu tego czasu jej nie przybyło. Bo najpierw była praca w wyuczonym zawodzie inżynierskim, potem dwuletnie studia trenerskie we wrocławskiej AWF. Od kilku lat trenerka Legii i przez pewien czas kadry narodowej juniorów na lekturę mogła poświęcać tylko parę wolnych chwil na zgrupowaniach. Miała także domowe obowiązki, męża, syna. Obecnie, pracując na strzelnicy klubu CWKS Legia Warszawa Sekcja Strzelecka, może pochwalić się sporą gromadką wychowanków należących do polskiej czołówki. Choćby ostatnio Tomaszem Bartnikiem, drużynowym złotym medalistą mistrzostw świata juniorów, mistrzem Polski seniorów. Zajęcia prowadzi na Bemowie, na strzelnicy Legii w Wojskowej Akademii Technicznej, mieszka na Dolnym Mokotowie, codziennie przemierza więc za kierownicą niemal całe miasto. Zawsze w drodze na trening albo w powrotnej zagląda na znajdującą się na trasie działkę, która przypadła jej po rodzicach.

– Przez lata nie mogłam się nadziwić, co mama i tata widzą w nieustannej pielęgnacji drzewek i kwiatów. Nie interesowałam się działką. Teraz byłoby mi smutno bez wizyty złożonej moim kwiatuszkom – mówi Eulalia Rolińska, polska mistrzyni świata w strzelectwie, jedyna dotąd w historii naszego sportu.