Barbara Kotowska

Urodzona 8.04.1966 roku w Cieszynie. Mąż Roman, córka Izabela (19 lat). Pierwsza polska mistrzyni świata w pięcioboju nowoczesnym (1985), łącznie pięć medali mistrzostw świata: dwa indywidualnie, trzy drużynowo. Absolwentka AWF w Poznaniu, specjalizacja trenerska: pływanie oraz rehabilitacja ruchowa. Mieszka w Drzonkowie koło Zielonej Góry.

– Gdy córka była mała i pojechałam z nią nad morze, jeśli jakaś zabawka wpadła jej do wody, nawet tuż przy brzegu, prosiłam, aby ktoś ten przedmiot wyciągnął. Na samą myśl, że mam zamoczyć nogi, przechodziły mi ciarki po plecach. Mam awersję do wody!

– Jak na byłą pływaczkę, to zadziwiające…

– Uważam się za zupełnie usprawiedliwioną. Od 6. do 15. roku życia pływałam, byłam uczennicą Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Raciborzu. A trafiłam do niej, bo rodzice na zajęcia na basenie odprowadzali moją starszą siostrę Ewę. Łatwiej było jednocześnie zajmować się dwiema córkami. W tamtych czasach w Polsce były właściwie trzy, no może cztery baseny 50-metrowe. Wszystkie z fatalnym zapleczem. Pamiętam, że w Tarnowie i Świdniku woda zawsze była brudna, pod prysznicami roiło się od robaków. Musiałam wcześnie rano wstawać, iść na trening, potem na kolejny – od 10 do 13 i jeszcze na koniec od 17 do 19, by w tę i z powrotem przemierzać długość basenu. Czyż można się dziwić, że znienawidziłam wodę?

– Przejście do pięcioboju nowoczesnego było więc właściwie ucieczką z niewoli babilońskiej.

– Oczywiście, ale przyznaję, że w 1981 roku pojęcia nie miałam o pięcioboju. Jedna z moich koleżanek z SMS, zazwyczaj bardzo pilna, nie zjawiła się na sobotnim treningu. Gdy spytałam dlaczego, powiedziała, że była na egzaminie w Drzonkowie, bo ma dość pływania i chce zostać pięcioboistką. Jej pomysł bardzo mi się podobał, natychmiast zadzwoniłam do pana Zbigniewa Majewskiego z propozycją poddania się testowi. Wiadomo, że do pięcioboju najchętniej przyjmowani są byli pływacy, a w drugiej kolejności byli biegacze. Nauka szybkiego pływania to trudne przedsięwzięcie, stąd swoiste polowanie na byłych zawodników moczących się w basenach. Majewski kazał mi wziąć kostium i ubranko oraz buty do biegu i zjawić się w sobotę. Przepłynęłam 200 metrów, jak łatwo było przewidzieć w bardzo dobrym czasie, bo byłam specjalistką od stylu dowolnego i crawla, i przebiegłam 2 kilometry szybciej niż się spodziewałam. Majewski nie miał wątpliwości, że mogę zostać pięcioboistką. Gdy po powrocie do domu oznajmiłam rodzicom, że kończę z pływaniem, najpierw się roześmiali, a potem wpadli w złość. Miałam wyjechać z Raciborza do jakiegoś nieznanego im Drzonkowa, zamieszkać w internacie, chodzić do zupełnie obcej szkoły (było to VII LO w Zielonej Górze, sławne z uczniów sportowców). Z czasem jednak rodzice zmienili nastawienie do mojej decyzji.

– W nowej dyscyplinie musiała się pani zaznajomić z końmi. Jakie były wrażenia?

– Zdarzały się spotkania trzeciego stopnia, ale nie było ich wiele, bo czułam respekt do tych pięknych zwierząt. Stale miałam w głowie myśli, że spadnę z konia, połamię ręce, nogi albo, co jeszcze gorzej – kręgosłup. Właśnie dlatego bardzo delikatnie z nimi postępowałam. Trenowałam na różnych wierzchowcach, ale najbardziej lubiłam Kustosza. To był wielki koń. Aby na niego wsiąść, musiałam korzystać z taboretu lub krzesełka. Nie był narowisty, lecz powolny, wręcz flegmatyczny.

– Dwie pozostałe konkurencje także były dla pani nowością.

– Strzelanie z pistoletu polubiłam natychmiast! Może główny powód kogoś rozśmieszy, ale była to jedyna konkurencja, do której nie trzeba było się przebierać w sportowy strój. Na strzelnicę można było iść w krótkiej spódniczce, na szpilkach i z makijażem! Ponadto pan Czesław Poźniak był wręcz wyjątkowym trenerem, niezwykle opanowanym, potrafił sto razy powtarzać jak trzeba trzymać i podnosić pistolet. Zawsze słuchałam go chętnie i uważnie. W efekcie dobrze strzelałam.
Szermierka jest z kolei jedyną w pięcioboju konkurencją, w której walczy się z przeciwnikiem, z każdym ze startujących. Szpada to fajna broń, razić nią można całe ciało rywalki. Lubiłam szermiercze turnieje.

– Nie wątpię, że największym sukcesem było indywidualne mistrzostwo świata. W 1985 roku stała się pani pierwszą Polką, które je zdobyła. Wówczas była to duża niespodzianka. Czy również dla Barbary Kotowskiej?

– Owszem, tym bardziej że mój start do samego końca stał pod znakiem zapytania. Byłam chora, przez dziesięć dni brałam antybiotyki, czułam się średnio, co niejako potwierdziły wyniki w pływaniu, słabsze niż uzyskiwałam zazwyczaj, a to przecież moja koronna konkurencja. W innych poszło mi nadspodziewanie dobrze. Ostatni był bieg. Na Wyspie Świętej Heleny w Montrealu panowały trudne warunki, temperatura przekraczała 30 stopni, a przy tym wiało. Wiele zawodniczek biegu w ogóle nie ukończyło. Ja wyruszyłam na trasę pierwsza, ścigała mnie Irina Kisielewa, bardzo dobrze spisująca się w crossie Rosjanka. Na metę wpadłam zupełnie bez sił, gdyby linia była o 300 metrów dalej, pewnie bym z nią przegrała.

– Zapuściła pani korzenie na ziemi lubuskiej, w Drzonkowie mieszka od 30 lat. Czy ma pani to, czego pragnęła?

– Zawsze chciałam mieć mały, biały domek. Z czerwonym dachem, niezbyt dużym ogrodem. I psa. I to właśnie mam. Ponadto bardzo fajnych sąsiadów, dwa kroki do lasu i pięć na obiekty sportowe, na których trenowałam i startowałam. No i blisko do Zielonej Góry. Nie pracuję w żadnym z wyuczonych zawodów, ale robię to, co sprawia mi frajdę. Czegóż można chcieć więcej, gdy jeszcze okazało się, że mąż świetnie radzi sobie w kuchni, a ja gotować nigdy nie lubiłam.