Adam Krzesiński

Urodzony 13.09.1965 roku w Warszawie. Żona Agnieszka, dwie córki: Aleksandra (22) i Julia (7). Florecista, srebrny (1996) i brązowy (1992) medalista olimpijski w turnieju drużynowym, drużynowy mistrz świata (1998) i dwukrotny wicemistrz świata (1990, 2001), trzykrotnie brązowy medalista, indywidualny mistrz Europy (1997) i wicemistrz (2001), srebrny i trzykrotnie brązowy medalista drużynowy mistrzostw Europy. Absolwent warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego, obecnie sekretarz generalny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Należy do wielkiej rodziny sportowej wywodzącej się z Białobrzegów nad Pilicą. Jego kuzynami są: Andrzej, tyczkarz, mąż złotej medalistki olimpijskiej Elżbiety (1956), Stanisław, zapaśnik i znakomity trener, oraz Ryszard, młociarz. Wszyscy byli reprezentantami Polski.

– W dniu wyborów (27.02.2005 roku) prezesa i zarządu Polskiego Komitetu Olimpijskiego zobaczyłem Piotra Nurowskiego na własne oczy po raz pierwszy w życiu. Nawet zbyt dużo o nim nie wiedziałem, ot, takie podstawowe informacje i pobieżne opinie. Przyznaję, byłem mocno zdziwiony, że wygrał, bo przecież kontrkandydat miał mocną pozycję w polskim sporcie. Ja wszedłem do zarządu, co sprawiło mi przyjemność. Piotr Nurowski zadzwonił dwa dni po wyborach, zaprosił na rozmowę, podczas której zaproponował mi objęcie stanowiska sekretarza generalnego. Byłem bardzo zaskoczony, ale zorientowałem się, że zasięgnął o mnie opinii różnych ludzi, z Markiem Łuczyńskim, byłym szefem wyszkolenia PZLA na czele. Pełniłem wtedy funkcję dyrektora AZS AWF Warszawa. W stosunkowo krótkim czasie udało mi się zdecydowanie poprawić kondycję finansową klubu. W ślad za tym polepszyły się także wyniki, głównie w lekkiej atletyce, pływaniu i szermierce. Nie zawahałem się więc ani przez moment. Uznałem, że podyplomowe studia menedżerskie i z zarządzania na macierzystej uczelni dały mi odpowiedni zasób wiedzy, a trzy lata kierowania klubem przyniosły sporo doświadczenia. Znałem dobrze angielski i rosyjski, potrafiłem porozumieć się po niemiecku, choć ten język, z racji rzadkiego stosowania, trochę zapomniałem. Na początku musiałem się sporo nauczyć i poruszać się w nieznanym mi wcześniej obszarze przygotowań reprezentacji kraju do startu w ważnej imprezie – Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Turynie (2006), do których pozostawało mało czasu. Udało się jednak wszystko zorganizować, a potem już sprawy potoczyły się gładko. Głównie dlatego, że w PKOl pracuje zespół świetnych fachowców, bardzo profesjonalnie traktujących swoje obowiązki. To prawdziwa przyjemność pracować z takiego pokroju ludźmi. A największy kapitał, jaki zyskałem przez pięć lat współpracy z prezesem Piotrem Nurowskim, to możliwość czerpania z jego wiedzy, umiejętności, doświadczenia i mądrości życiowej. Piotr był fantastycznym człowiekiem i bardzo mi go brakuje.

– A dlaczego zostałeś szermierzem, a nie koszykarzem, do czego predysponował cię wzrost (196 cm)?

– W kosza gram całkiem nieźle, ale można żartem powiedzieć, że na szermierkę zostałem skazany. Gdy miałem 10 lat, w mojej szkole na warszawskich Bielanach utworzono szermierczą szkołę mistrzostwa sportowego, którą opiekował się AZS AWF. Nie należałem do spokojnych dzieci, rozsadzała mnie energia. W dodatku w klasach 1–3 moją nauczycielką wychowania fizycznego była Renata Krzykalska-Popek, była florecistka AZS AWF. Miała ogromny wpływ na ukształtowanie się moich dziecięcych uczuć do szermierki. Klasę podzielono na grupę florecistów i szablistów, a ja, ze względu na wzrost, trafiłem do pierwszej. Zawsze byłem najwyższy w klasie, a szabliście nie są potrzebne centymetry, raczej wyjątkowa sprawność ruchowa.

W mojej najbliższej rodzinie nikt sportu wyczynowo nie uprawiał, ale liczny ród Krzesińskich z Białobrzegów miał wśród swoich przedstawicieli wyróżniających się sportowców. Z radością do nich dołączyłem. A dopingowały mnie wyniki. Od początku kariery miałem szczęście do sukcesów. Wygrałem turniej „Pierwszy krok szermierczy”, potem warszawską olimpiadę młodzieży, mistrzostwa Polski kadetów, juniorów, młodzieżowe mistrzostwa kraju, aż wreszcie trafiłem do kadry. Gdy młody człowiek wygrywa, łatwiej mu przestrzegać reżimu treningowego, a na zajęcia pędzi z radością.

– Twoja kariera trwała 27 lat, od 1975 do 2002 roku. I przez te wszystkie lata byłeś członkiem jednego klubu. Ciekawe, że nawet po zakończeniu kariery pozostałeś wierny biało-zielonym barwom AZS AWF Warszawa.

– Urodziłem się w Szpitalu Bielańskim, w budynku na wprost Akademii Wychowania Fizycznego, tyle że po przeciwnej stronie ulicy. Mieszkałem w domu położonym o 200 metrów od uczelni, szkołą opiekował się klub uczelniany. Moje serce od dziecka do dziś bije dla AZS AWF Warszawa. Podjąłem pracę w PKOl, a jeszcze byłem prezesem klubu! Aż do 2009 roku.

– Sądzę, że pamiętasz swoje najważniejsze walki w karierze.

– Dwie zajmują szczególne miejsce w moim sercu i w głowie. Pamiętam je w każdym szczególe. Pierwsza miała miejsce w Atlancie, podczas igrzysk olimpijskich. W ćwierćfinale turnieju drużynowego zmierzyliśmy się z Niemcami, bój był iście homerycki. Ostatni pojedynek miałem stoczyć z Alexandrem Kochem, dwukrotnym mistrzem świata. Tuż przed końcem na tablicy widniał rezultat 44:44, więc miała zadecydować jedna akcja. Moje emocje sięgały zenitu, ale starałem się trzymać je na wodzy. Przemyślałem tę ostatnią akcję. Koch zaatakował (ja byłem klasycznym defensorem), wykonałem zasłonę i trafiłem go odpowiedzią. Zdobyłem dla nas ten wymarzony, decydujący punkt! Byliśmy w półfinale olimpijskim, a mnie emocje powaliły na planszę. Do dziś nie bardzo wiem, jak to się stało, że na moment straciłem świadomość.
Zazwyczaj biłem się w drużynie jako ostatni. Trener Stanisław Szymański zawsze tak ustawiał skład reprezentacji, bo wierzył, że mogę w końcówce odwrócić losy spotkania, odrabiając straty, albo utrzymać wcześniej wywalczoną przewagę. Szkoleniowiec naszej reprezentacji był głęboko przekonany, że jestem psychicznym twardzielem. I chyba nie bez racji, o czym wszyscy mogli się przekonać podczas mojego najbardziej niezwykłego pojedynku, stoczonego w 1998 roku, podczas mistrzostw świata. Sam dość długo nie mogłem uwierzyć w to, co wtedy miało miejsce. Z Kubańczykami biliśmy się o awans do finału. Gdy wychodziłem na planszę, nasza sytuacja nie była dobra, prawdę mówiąc – fatalna, bo przegrywaliśmy 33:40. Walczyłem z aktualnym wicemistrzem świata Elvisem Gregorym. Zadawaliśmy sobie trafienia na przemian i zrobiło się 44:37 dla rywali. Podejrzewam, że wszyscy położyli na nas krzyżyk, bo sytuacja stała się katastrofalna. Sądzę także, że mój doskonały przeciwnik był święcie przekonany, iż za chwilę zwycięsko zakończy pojedynek. A ja wpadłem w trans i zadałem mu kolejno osiem trafień! Gregory wyglądał, jakby ktoś usmażył go na patelni, długo nie mógł uwierzyć w to, co się stało, a reszta Kubańczyków wyrywała sobie włosy z głowy.

– Co było twoją szermierczą specjalnością?

– Akcje obronne, a ze względu na wzrost i długą rękę – oczywiście aret (wyprzedzenie). Byłem zawsze klasycznym defensorem, prowokującym przeciwników do ataku. Wtedy starałem się wykonać zasłonę, a potem szybką odpowiedź. Pamiętajmy, że floret to broń konwencyjna. Atak ma rzecz jasna pierwszeństwo, ale zasłona pozwala na kontratak.
– Czy miałeś, jak wielu zawodników sportów walki, niewygodnego dla siebie przeciwnika?
– Moim „lekarzem” był Rosjanin Dmitrij Szewczenko. Na pięć pojedynków z nim wygrałem zaledwie jeden. Też był leworęczny, też wolał obronę. Pechowo trafiłem na niego w igrzyskach w Sydney i niestety przegrałem.

– Wymień najmilej wspominany sukces…

– Indywidualne mistrzostwo Europy 1997, wywalczone na własnych śmieciach, na turnieju w Gdańsku, który cieszył się wielkim zainteresowaniem mediów i publiczności. A moja satysfakcja była podwójna, bo w finale zwyciężyłem Ukraińca Siergieja Gołubickiego, jedną z legendarnych postaci szermierki.

– Czy zawodowa droga, jaką obrałeś, jest efektem przypadku?

– Stanowisko sekretarza generalnego PKOl być może tak, ale generalnie zaplanowałem sobie życie, gdy zbliżał się koniec kariery. Na planszach spędziłem 27 lat, uczestnicząc w setkach turniejów, obozów, w podróżach samolotami, pociągami, autokarami. Nie miałem ochoty na powtórkę, tyle że w roli trenera. Dlatego skończyłem podyplomowe studia z marketingu i zarządzania. Chciałem pozostać w sporcie, ale w innej roli. I to mi się udało. Ponadto 27 lat włóczęgi po świecie sprawiło, że zapragnąłem być domatorem, poświęcić czas rodzinie i rozmaitym przyjemnościom. Jakiegoś szczególnie ulubionego hobby nie mam, interesuje mnie po prostu świat, to, co się dzieje wokół nas, zarówno w kraju, jak i za granicą.