Zygmunt Smalczerz

Urodzony 8.06.1941 w Bestwinkach koło Bielska-Białej, mieszka w Warszawie. Żona Danuta, synowie Tomasz (39 lat) i Jakub (33). Absolwent warszawskiej AWF, podpułkownik Wojska Polskiego. Gimnastyk, ciężarowiec, mistrz olimpijski (1972), mistrz świata i Europy, rekordzista świata, trener.
Natura poskąpiła mu centymetrów, ale za to sowicie wyposażyła w inne przymioty, które ze skromnego człowieka uczyniły wielką, wyjątkową wręcz postać, prawdziwego Guliwera polskiego sportu.

− Sport był sensem mojego życia, kochałem go zawsze bezgranicznie, uprawiałem z pełnym oddaniem. I nieważne, jaka to była dyscyplina. Ja, krasnal przecież, grywałem nawet w koszykówkę, a dużo wyżsi koledzy chętnie zabierali mnie do hali, bo zatrzymanie takiego żywego sreberka podczas akcji graniczyło z cudem. Szalałem na nartach zjazdowych, już po pierwszym kursie wygrywałem w slalomie z byłymi narciarzami. Oczywiście także biegałem na nartach, a że dziś mieszkam na obrzeżach Warszawy, robię to codziennie, jeśli tylko leży śnieg. Dobrze pływam, nauczyłem się nawet delfina, co przy moim wzroście wygląda śmiesznie, ale w sztafecie rocznika podczas zawodów wewnętrznych AWF zawsze miałem miejsce. Nauczyłem się żeglować na Omegach, gdy przez trzy miesiące pełniłem funkcje ratownika w ośrodku w Sobieszewie nad Martwą Wisłą − mówi mistrz olimpijski z Monachium.

Jego wszechstronność była naprawdę zdumiewająca. W biegu przez płotki odległość między nimi pokonywał trzema krokami, znawcy lekkiej atletyki otwierali usta ze zdumienia na widok takiego „malucha”. Mimo skromnej postury i wagi (50 kg), imponował niezwykłą siłą rąk. Kulą o wadze 7,5 kilograma pchał na odległość 10,5 metra. A za technikę od wszystkich wykładowców dostawał piątki. On po prostu kochał sport i chciał się nim najeść do syta.

− Studia w warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego były dla mnie czasem błogości ducha, wyznacznikiem możliwości tego wszystkiego, o czym śniłem w dzieciństwie spędzonym w biednej rodzinie w Czechowicach. Z życia w stolicy, na uczelni, w sporcie, czerpałem frajdę pełnymi garściami. I nie miał dla mnie znaczenia status majątkowy, choć po opłaceniu wszystkich rachunków zostawało mi 50 złotych na życie przez miesiąc.

Zachłystywał się stolicą i jej możliwościami. Najchętniej zdobyłby dziesięć specjalizacji oferowanych przez uczelnię, ale wybrać można było tylko dwie. Uczył się zresztą znakomicie, zbierał niemal wyłącznie piątki.

− Gdy patrzyłem na obiboków, którzy dostali się na wymarzone przeze mnie studia, a potem tylko kombinowali, jak oszukać wykładowców, jak się nie uczyć, brali mnie diabli. Mieli przecież taką szansę na bogate pod każdym względem życie, a rozmieniali ją na drobne. Ja chciałem się nie tylko wszystkiego nauczyć, ale także dostać stypendium naukowe. Dla mnie było to ważne, bo w mojej rodzinie naprawdę się nie przelewało. I już po pierwszym roku dopiąłem swego. Wahałem się, jaką specjalizację wybrać, ostatecznie skończyło się wcale nie na gimnastyce, lecz na rehabilitacji i podnoszeniu ciężarów.

Gimnastyka wydawała się sportem wprost idealnym dla Zygmunta Smalcerza. Uprawiał ją z dobrym skutkiem już od szkoły podstawowej. Szczególnie zachęcające rezultaty miał w ćwiczeniach na kółkach i na drążku, w których udawało mu się pokonywać takie znakomitości jak bracia Kubicowie. I kto wie, jak potoczyłyby się losy Zygmunta, gdyby trener Maciej Szamota, dojeżdżający na ćwiczenia w Czechowicach z Bielska-Białej, nie zabrał swych podopiecznych, w tym Smalcerza, na zawody do Warszawy. Trawestując słowa Cezara: „przyjechał, zobaczył i zakochał się”. Urzekło go piękno terenów bielańskiej uczelni, wielka fachowość jej wykładowców, wybitny poziom nauczania gimnastyki (akademia przodowała w tej specjalizacji w kraju). W kąt poszły marzenia o studiach medycznych, jedynym celem stało się wejście do grona studentów warszawskiej wyższej szkoły.

− A rzeczywiście byłem blisko kariery lekarskiej – wspomina Zygmunt. – Od dziecka wyobrażałem sobie siebie w roli niosącego pomoc chorującym lub tylko trapionym dolegliwościami. W jakiś sposób spełniłem swoje marzenia, bo skończyłem rehabilitację i mogłem pomagać innym. Podczas studiów praktykowałem w słynnej lecznicy w Konstancinie i przekonałem się, jak wielu ludziom potrzebna jest fachowa pomoc. Z pracy rehabilitanta, niezbyt długiej, mogłem jednak czerpać osobistą satysfakcję.

Gdy był studentem pierwszego roku, jedna wizyta zmieniała całkowicie bieg jego życia. Gdy ćwiczył na przyrządach gimnastycznych, do sali wszedł słynny trener ciężarowców, wychowawca Waldemara Baszanowskiego i Norberta Ozimka. Doktor Augustyn Dziedzic zobaczył Zygmunta, zachwycił się siłą jego rąk i zaczął pertraktacje. Sprytnie, mówiąc, że na pierwszym roku w wadze Smalcerza nie ma zawodnika dźwigającego ciężary, który mógłby wystąpić w uczelnianych zawodach. Obiecał, że szybko nauczy go techniki.

− Do mojego pokoju w akademiku, mieszczącego się w piwnicy [w kolejnych latach przenosił się na coraz wyższe kondygnacje – przyp. B.Ch.], doktor Dziedzic zaczął przysyłać Józefa Czopika. To był kawał chłopa, więc łapał za szeroki pas, który wówczas nosiłem, i po prostu zanosił do „Hadesu”, gdzie ćwiczyli sztangiści. Gdy na pierwszym treningu, nie mając pojęcia o technice, wyrwałem 60 kilogramów, w sali zapanowała cisza, a potem wszyscy rzucili się do ważenia… A propos ciszy, ja byłem do niej przyzwyczajony, w takich warunkach ćwiczyli gimnastycy, a huk spadających sztang i okrzyki dźwigających na początku mnie dosłownie przerażały.

Doktor Dziedzic namawiał go na wyjazd na mistrzostwa Polski do Krakowa.

− Uległem wyłącznie dlatego, że pod Wawelem studiowało kilku kolegów z mojej klasy i mogłem się z nimi zobaczyć, nic przy tym nie wydając. W dodatku mieliśmy mieszkać w akademikach, w których oni przebywali na co dzień. Pojechałem, pogadałem z kumplami, a w dodatku zdobyłem 3. lokatę.

W mistrzostwach Polski w gimnastyce, które odbyły się wkrótce, wywalczył 4. miejsce. Wtedy doktor Dziedzic wziął go na poważną rozmowę. Wyłuszczył wszystkie za i przeciw, zakończył stwierdzeniem, że w gimnastyce niech zapomni o medalach, a w ciężarach wszystko przed nim. Zygmunt marzył o medalach, więc ten brutalny cios, rozwiewający gimnastyczne pragnienia, ciężko przeżył. Dał się Dziedzicowi przekonać, co nie znaczy, że zaczął trenować systematycznie. Za dużo innych zajęć go frapowało. Ale gdy wracał na pomost po przerwie, dźwigał te same ciężary. I w jednym momencie dostał dwa powołania na obozy kadry narodowej. Z Polskiego Związku Gimnastycznego do Jeleniej Góry i z Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów do Oliwy. Nie wahał się zbyt długo, bo z wcześniejszych zgrupowań Karkonosze znał jak własną kieszeń. Trafiły doń argumenty Dziedzica, a w dodatku takie gwiazdy jak Zieliński, Baszanowski czy Paliński traktowały go z sympatią.

− To byli fajni faceci, jakby dziś powiedziano: luzacy. Z miejsca mnie zaakceptowali, a gdy jeszcze zobaczyli, co potrafię na batucie [dwa salta w tył o prostym kręgosłupie! – przyp. B.Ch.], ich podziw nie miał granic.

Smalcerz idealnie nadawał się do uprawiania sportu również dlatego, że potrafił się koncentrować i wyłączać z kontaktu z otoczeniem jednocześnie. W jego pokoju w akademiku działał klub brydżowy. Koledzy schodzili się na robry ciągnące się do późnej nocy. Punktualnie o 23 Zygmunt kładł się do łóżka, odwracał do ściany i zasypiał. Nie budziły go nawet głośne kłótnie o niewłaściwą licytację i złe wisty.

− Sam grałem marnie, czasem, gdy brakowało czwartego, sadzano mnie do stołu, ale w takich przypadkach sypały się na mnie gromy. Do kart nie miałem głowy, co innego poezja. Zaczytywałem się w niej od wczesnych lat. Potem, gdy zamieszkałem w stolicy, na majówki jeździłem do poetów mieszkających w okolicach Warszawy, łącząc dwie przyjemności − opowiada Zygmunt.

Miał jeszcze jedną pasję. Była i jest nią muzyka. Kiedy chodził do szkoły w Czechowicach, w każdą niedzielę o godzinie 14 w domu musiała zapanować cisza. Zygmunt włączał radio i słuchał nadawanego systematycznie koncertu chopinowskiego. Gdy przyjechał na studia do stolicy, raz w tygodniu chodził do Filharmonii. Najchętniej na koncerty muzyki kameralnej, ale także polskiej, niezależnie od epoki. Szczególnie jednak ukochał „Cztery pory roku” Vivaldiego.

− Mam w domu piękną kolekcję nagrań tego utworu w wykonaniu kilkunastu orkiestr, ale żadne nie może się dla mnie równać z koncertem Konstantego Kulki. Mogę go słuchać godzinami.
Ten demon zainteresowań w małym ciele przepada także na rock and rollem. Nie było tygodnia, by nie tańcował w Stodole lub Relaksie (klubie AWF).

− Jeszcze teraz, gdy usłyszę Elvisa Presleya lub Roya Orbisona, przebieram nóżkami – śmieje się „Guliwer”.

Jego wielka sportowa kariera tak naprawdę zaczęła się dopiero po ukończeniu studiów, w 1968 roku. Pracował wówczas przez 4 godziny dziennie w przychodni na Puławskiej, potem jadł obiad w barze mlecznym i pędził na trening do nieistniejącego już dziś Lotnika. W dodatku prowadził zajęcia sportowe ze studentami w AZS-ie Jelonki. I całe szczęście, bo nie musiał siedzieć w domu. A wynajmowali we dwóch z Józefem Drozdowiczem pokój o powierzchni… 7 metrów kwadratowych. Spali w jednym łóżku, a gdy jeden wstawał, drugi musiał na tym łóżku pozostać.

− Miałem jedno marzenie, by usłyszeć Mazurka Dąbrowskiego, stojąc na podium igrzysk. Szczerze mówiąc, zaczynałem wątpić w jego spełnienie, bo zlikwidowano wagę do 52 kilogramów. Trenerzy czynili cuda, bym przybrał na wadze, ale to nic nie dawało, z „kogutami” nie miałem szans, nigdy nie osiągnąłem górnego limitu ich wagi. I nagle na kongresie IWF (Międzynarodowej Federacji Podnoszenia Ciężarów) w Meksyku, w 1968 roku, przywrócono moją kategorię. Rok później byłem czwarty w mistrzostwach Europy i piąty w mistrzostwach świata. W następnym roku nie uznano mojego wyniku w wyciskaniu, co było takim skandalem, że nadzwyczaj spokojny człowiek, Klemens Roguski, trener naszej reprezentacji, poszedł awanturować się z arbitrami. Sklasyfikowano mnie na 4. miejscu, potem dostałem brązowy medal, bo kilkunastu zawodników (w różnych wagach) zdyskwalifikowano za doping. Krążek z Columbus nie sprawił mi jednak radości. Co innego następne, gdy najpierw w Sofii w mistrzostwach Europy, a potem w Limie w mistrzostwach świata byłem pierwszy. W roku olimpijskim wygrałem mistrzostwa Europy w Konstancy, bijąc przy tym rekord świata w wyciskaniu. A potem było Monachium i moje bezgraniczne szczęście…

Naturalnym porządkiem rzeczy został trenerem. Najpierw juniorów. Dane mu było spokojnie pracować przez kilka lat. Wychował Dariusza Osucha, mistrza świata, oraz Ireneusza Malaka, medalistę olimpijskiego. Potem był strażakiem. Gasił pożar w kadrze po Ryszardzie Szewczyku, udowadniając, że można pracować bez dopingu, z szacunkiem dla siebie, w komforcie psychicznym. Po Pekinie oświadczył, że rezygnuje raz na zawsze. − Zareagowałem może za szybko, bo Marcin Dołęga nie zaakceptował moich decyzji, postawił na swoim i w efekcie przegrał medal olimpijski.

Jest żywą legendą polskiego sportu, prawdziwym jego Guliwerem, choć młodzi nie mogą uwierzyć, że tak mikrej postury człowiek był tak niezwykle zdolny. Ogromnym szacunkiem, na który całkowicie zasłużył, darzą go pokolenia, które o nim tylko słyszały i jak bajki o żelaznym wilku słuchają, że można było znakomicie ćwiczyć na drążku, skakać przez konia, pływać delfinem, na jachcie, jeździć na nartach, biegać przez płotki et cetera, et cetera…, co dziś jest dla nich przecież niemożliwe. Niech więc umówią się z „Guliwerem”, by im pokazał, co wciąż potrafi. A tak nawiasem mówiąc, „Guliwer” to pseudonim, który nadali mu złośliwi koledzy. Ale jakże trafny! Smalcerz jest naprawdę Wielki.