Michał Płotkowiak

Urodzony 20.08.1981 w Poznaniu. Absolwent politechnik w Poznaniu i Hanowerze, doktor Oxfordu w dziedzinie inżynierii biomedycznej. Wioślarz, młodzieżowy mistrz Polski w jedynkach, wicemistrz Polski w jedynkach, członek zwycięskiej ósemki Oxfordu podczas Boat Race na Tamizie w 2009 roku.

− To nie do końca prawda, choć rzeczywiście przeglądałem numer tego pisma i wtedy zacząłem marzyć o udziale w najstarszej sportowej imprezie nowoczesnej ery. Byłem młodym chłopakiem, ale bardziej od roznegliżowanych dziewcząt zafascynował mnie artykuł o legendarnym wyścigu studenckich ósemek dwóch najsławniejszy angielskich uniwersytetów. Właśnie zaczynałem trenować wioślarstwo bardziej poważnie – mówi Michał. – Wcześniej to była zabawa. Jestem typem sportowca, choć żadne z rodziców nie miało właściwie nic wspólnego z tą dziedziną życia. Ale ojciec studiował w poznańskiej Akademii Sztuk Pięknych, a ta uczelnia zajęcia wychowania fizycznego prowadziła na basenie wioślarskim. Trening prawdziwych zawodników bardzo mu się podobał, barwnie mi o nich i o zajęciach opowiadał. Gdy więc zacząłem szukać odpowiedniej dla siebie dyscypliny, mimo że chodziłem na zajęcia pływackie, szybko przeniosłem się do sekcji wioślarskiej KW 04. Jak wspomniałem, najpierw była to zabawa dziesięcioosobowej grupy. Wkrótce jednak zostałem sam. Trener Waldemar Urbanek nie żałował zbytnio tych, którzy zrezygnowali. Zorientował się, że zapaliłem się do wiosłowania, miałem dobre warunki fizyczne − byłem długi, żylasty i silny. W kategorii juniorów odniosłem kilka sukcesów na skiffie i w dwójce podwójnej, ale tak naprawdę trenowałem, siedząc w łódce z jednym, tym dłuższym wiosłem w ręku.

W polskim wioślarstwie, jeśli ktoś zaczyna uprawianie tego sportu od wioseł krótkich, właściwie do końca kariery przy nich pozostaje, zmiany zdarzają się nader rzadko. Podobnie jest z długimi. Michał, który ma za sobą wieloletnią karierę zagraniczną, uważa to za błąd. W Wielkiej Brytanii i w Niemczech nawet ktoś, kto od początku chce pływać w ósemce, musi przejść odpowiedni trening w skiffie. W obu krajach, będących potęgami wioślarskimi, dawno odkryto, że długi, a przy tym żmudny trening, z wiosłem trzymanym tylko po jednej stronie ciała, może się stać przyczyną niekorzystnych zmian w układzie kostno-mięśniowym i zwiększa ryzyko kontuzji.

− Do 1998 roku występowałem w barwach KW 04 Poznań, potem przeniosłem się do Posnanii. W kraju byłem znanym zawodnikiem, ale na pewno nie znajdowałem się na świeczniku. W kategorii młodzieżowej wywalczyłem tytuł mistrza Polski w 2003 roku. Zabawne zdarzenie (o ile wiem, był to jedyny taki przypadek w historii polskiego wioślarstwa) miało miejsce podczas mistrzostw Polski seniorów w tym samym roku. Wpłynąłem na metę jednocześnie z Michałem Ożogiem, dawnym kolegą z KW 04. Sędziowie długo deliberowali, analizowali zdjęcia z fotokomórki, by wreszcie zdecydować o przyznaniu nam ex aequo srebrnych medali.

Być może Michał osiągnąłby większe sukcesy w sporcie, ale w niemal takim samym stopniu pociągała go nauka. Na poznańskiej politechnice przez trzy lata studiował budownictwo, potem dwa lata w Hanowerze. Podczas pobytu w Niemczech właściwie wcale nie trenował, ale ku swojemu zdumieniu wygrał otwarte mistrzostwa tego kraju w sprincie (dystans 500 metrów). Ma bowiem wyjątkowy organizm.

− Gdy pisałem pracę dyplomową, przez Internet złożyłem aplikacje o doktorat na różnych amerykańskich uczelniach. Pozytywną odpowiedź przysłano mi tylko z Illinois, dokąd miałem pojechać we wrześniu. Obroniłem się pod koniec zimy, więc czekała mnie półroczna przerwa, w czasie której nie bardzo miałem co robić. Chętnie wędruję po internetowych stronach, dzięki temu znalazłem to, czego szukałem: możliwość studiowania na wyższym poziomie inżynierii biomedycznej, która od pewnego czasu wręcz mnie frapowała. Spakowałem manatki i pojechałem do Bristolu w Anglii, co właściwie oznaczało rezygnację z amerykańskiego doktoratu. Uczelnia w Bristolu miała spore tradycje wioślarskie (jak zresztą niemal wszystkie angielskie). Szybko poznałem środowisko wiosłujących, a wielu z nich bardzo mi pomogło. Nawet mieszkałem w ich domach. Miałem być asystentem naukowym w zakresie badań nieniszczących. Wiem, że to trudne do wyjaśnienia, ale niezwykle ważne z biomedycznego punktu widzenia. Chodzi o to, by stosowane w lecznictwie metody nie powodowały zakłóceń w pracy ludzkiego organizmu. Profesor katedry szybko mnie polubił i praktycznie zagonił do badań potrzebnych zarówno do pisania doktoratu, jak i do poszerzenia ludzkiej wiedzy. Ale ja nie jestem typem laboratoryjnego mola, lubię ruch, nie potrafię wiele godzin przesiedzieć w jednym miejscu. Poza tym cały czas myślałem o Boat Race. Tym intensywniej, że podczas wakacji byliśmy na obozie w Hiszpanii, gdzie spotkaliśmy chłopców z Cambridge, z którymi niejeden raz ścigaliśmy się w celu skontrolowania naszych możliwości.

W Oxfordzie pracował z wioślarzami Polak, Dan Topolski, syn znanego malarza emigracyjnego Filipa. 11 lat był trenerem uczelnianej ósemki, która dziewięć razy zwyciężała. Od kilku lat rekrutuje wioślarzy w Stanach Zjednoczonych, nie mając z tego żadnych profitów, nie biorąc pieniędzy. Michał chciał mu się pokazać, ale nie miał niestety okazji. Pewnego dnia znalazł w Internecie informację o czteroletnim kursie inżynierii biomedycznej, na którym mieli kilka wolnych miejsc. Opisał swoją drogę życiową, nie ukrywając, że jest wioślarzem, medalistą, i dowiedział się, że ostateczną decyzję podejmie jeden z profesorów, który sam był niegdyś wioślarzem wagi lekkiej.

− Wbrew pozorom moja wioślarska kariera nie była atutem, omal nie przeszkodziła mi w dostaniu się na kurs – wyjaśnia. – Profesor, choć ocenił moje możliwości naukowe pozytywnie, ostrzegł mnie jednocześnie, że wymagania są ogromne i o treningach powinienem zapomnieć. Musiałem mu obiecać, że na pierwszym roku nie będę wiosłował. Słowa nie dotrzymałem… Na szczęście co dwa tygodnie zmieniali się wykładowcy medycyny i matematyki, ale fakt, że program zajęć był niezwykle wyczerpujący. Zaczynały się o godzinie 9 i trwały, z krótką przerwą, do 18. A przecież jeszcze trzeba było uczyć się w domu. Prowadziłem niezwykły tryb życia. Wstawałem o 7, ćwiczyłem na ergometrze, po czym pędziłem na zajęcia. Po 13 wsiadałem do autobusu i jechałem na akwen treningowy, znajdujący się 20 mil od uczelni. Wracałem i uczyłem się, nadrabiając to, co straciłem, nie będąc na wykładach. Często chorowałem, straciłem na wadze, bo nie było czasu jeść, zasypiałem z książką w ręku. Najgorsze wydarzyło się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Kierownictwo kursu, wiedząc już o złamaniu przeze mnie obietnicy, chciało mi odebrać stypendium, co oznaczałoby koniec studiów w Anglii. Jakoś uprosiłem wykładowców, obiecując poprawę.

Na drugim roku było już łatwiej, a ponieważ Michał nadal systematycznie trenował, znalazł się w gronie 30 kandydatów do reprezentacyjnej ósemki. I bardzo szybko stał się pewnym członkiem pierwszego składu. Dla Anglików była to sensacja. Wprawdzie przyzwyczaili się do obcokrajowców w zespołach obu uniwersytetów, ale byli Amerykanie, Kanadyjczycy, Australijczycy, Nowozelandczycy, ostatnio Niemcy, a nawet Francuz, ale Polak? O Michale pisała angielska prasa, mówiono w telewizji, a w „Daily Telegraph” ukazał się duży artykuł o nim. W 2007 roku znalazł się w składzie Oxfordu, który był faworytem. W osadzie mieli wiosłować świetni zawodnicy, drugim Słowianinem obok Michała był chorwacki olimpijczyk Ante Kusurin. Na wysokości mostu Hammersmith prowadzili, a na ogół kto tam jest pierwszy, wygrywa regaty. A oni przegrali!

− To naprawdę morderczy wyścig. Dystans prawie trzy razy dłuższy niż na zawodach, a mimo to wiosłujemy w tempie około 36 uderzeń na minutę, czyli praktycznie takim samym jak na torze o długości 2000 metrów. W dodatku na Tamizie jest bardzo często silna fala, występują prądy. Nikt w obu osadach się nie oszczędza, mobilizacja jest ogromna. Ostatnie dwa tygodnie przed regatami mieszkamy w Londynie, jemy wyjątkowo obficie i myślimy tylko o jednym. Kto w tym wyścigu jest drugi, wszystko przegrywa. Napięcie olbrzymie, po porażce nie można się pozbierać. Sam to przeżyłem w 2007 roku.

Następny rok był dla doktoranta Oxfordu nieudany, ale do kolejnego wyścigu szykował się tak jak dwa lata wcześniej. Ósemka Oxfordu wydawała się niezwykle silna, w jej skład wchodziło aż pięciu olimpijczyków. I wygrała!

− Uczucia po sukcesie są chyba jeszcze bardziej intensywne niż po porażce. Długo nie mogliśmy dojść do siebie. Po wygranej chciałem odpocząć, pojechałem na Syberię. Wędrowałem po wspaniałych górach Ałtaju, wszedłem na Biełuchę, szczyt o wysokości ponad 4500 metrów. Od lata nie mogłem trenować, bo wysuwał mi się dysk. To kontuzja wynikająca z tego, że w Polsce w pierwszych latach ćwiczeń nie zwraca się uwagi na pozycję wioślarza w łódce. W Anglii jest inaczej, pracuje się nad nią od początku.

Mimo że nie trenował, był kandydatem do prestiżowej funkcji prezydenta osady, czyli inaczej mówiąc, przywódcy ósemki, w tym przypadku szykowanej do startu w 2010 roku. Wycofał się jednak i skupił na pisaniu pracy doktorskiej. Temat dla zwykłego człowieka niezwykle trudny: „Rezonans magnetyczny z użyciem dyfuzji gazów”. To rewelacyjna metoda badania obrażeń płuc, bezpieczna i niezwykle precyzyjna. Praca Michała jest częściowo finansowana przez General Electric, jeden z największych koncernów świata. W życiu prywatnym związany jest z Julią Michalską, naszą mistrzynią świata w dwójce podwójnej. Mieszka w Londynie, uwielbia Internet i długo, bardzo długo namyśla się, co ma robić dalej w swoim barwnym wioślarsko życiu.