Julian Gozdowski

Urodzony 22.05.1935 w Czortkowie (obecnie Ukraina), mieszka w Cieplicach. Żona Anna, córki Małgorzata (47 lat) i Elwira (4l). Absolwent wrocławskiej AWF (1959), nauczyciel wf. Trener narciarstwa, twórca Biegu Piastów, komandor tego biegu, prezes Stowarzyszenia Bieg Piastów.

W historii nie było to możliwe, ale w prywatnych dziejach Juliana tak właśnie się zdarzyło.

− Z okna mojego rodzinnego domu na zielonym Podolu miałem widok na Górę Jurczyńskiego. Zawsze lubiłem się jej przyglądać, wiosną, latem, jesienią, ale tak naprawdę fascynowała mnie dopiero zimą. Cała w bieli, jej ogrom (oczywiście tylko moje małe oczy tak ją widziały) sprawiał, że stale marzyłem, aby z niej zjechać na nartach. Moje sny zaczęły się spełniać, gdy osiągnąłem wiek szkolny. Trwała wówczas straszliwa wojna, w której zaginął gdzieś w świecie mój ojciec. I proszę sobie wyobrazić, że właśnie podczas wojennego kataklizmu zrealizowałem swoje marzenia – wspomina Julian. – Był rok 1943, Niemcy w wielkiej panice wycofywali się ze wschodu po klęsce pod Stalingradem. Jeden z żołnierzy Wehrmachtu zgubił nartę. Była, jak to zwykle na wyposażeniu niemieckiego wojska, biała, miała zielony pasek przez całą długość, ułatwiający utrzymanie kierunku. Ukryłem ją jak drogocenny skarb i, gdy wkroczyli Rosjanie, zjechałem na tej jednej narcie z Góry Jurczyńskiego! Muszę przyznać, że podbiłem tym serce stacjonującego u nas w domu radzieckiego oficera, który chwalił mnie za dzielność i złożył nawet obietnicę zabrania na wycieczkę do Moskwy. Przepadł gdzieś w bezkresie wojny, nie traktowałem zresztą tej obietnicy poważnie. Ale na tej jednej narcie trochę szalałem, z dużo niższej Wygnanki zjechałem na przykład kilka razy.

Szczęście z odzyskania swobody nie trwało zbyt długo. Twarde warunki jałtańskiego układu brutalnie zmusiły rodzinę Gozdowskich do opuszczenia tarnopolskiej ojcowizny i przeniesienia na kompletnie obcy jej Dolny Śląsk. Zamieszkała w ówczesnych Chojnantach (dziś Cieplice), u stóp znanego chyba wszystkim zamku Chojnik. Na szczęście krajobraz był podobny, niezbyt wysokie góry poprzecinane dolinami. Zimą oczywiście także w bieli, tyle że tam Wehrmacht nie pozostawił nart… I zamiast przyjaciół z Podola było jeszcze sporo Niemców, ale również przesiedleńcy z terenów dzisiejszej Litwy czy Białorusi. Wielu kolegów miało podobne upodobania sportowe, więc kwitła gra w palanta. Gdzie? Na korcie tenisowym, który przed laty zbudowali Niemcy i który w nie najgorszym stanie przetrwał dziejową zawieruchę. Prawdziwych rakiet i piłek oczywiście nie mieli. Potem był futbol, szczypiorniak, szkolne biegi. Już w liceum pedagogicznym marzył o studiach we Wrocławiu, oczywiście w Akademii Wychowania Fizycznego. Ale zamiast na uczelnię, trzeba było iść do pracy. Takie obowiązywały w tamtych latach zasady, może i słuszne, bo nauczycieli bardzo brakowało. Trafił do szkoły podstawowej, w której sam uczył się po przesiedleniu.

− Trzy lata musiałem odpracować, by wreszcie dopiąć swego. W 1953 roku z dyplomem wrocławskiej akademii mogłem wracać w Karkonosze. I z miejsca stałem się nie tylko nauczycielem wychowania fizycznego, ale także trenerem biegów narciarskich MKS-u Karkonosze. Powiem wprost, serce mnie bolało na widok moich podopiecznych, a także innych biegaczy. Byli bardzo biednymi krewnymi alpejczyków. Nie mieli ładnych strojów, butów, za to mieli ręce zawsze brudne od prymitywnych smarów, bez których biegać się nie dało. Zjazdowcy swoje „cywilne” ubrania zostawiali w szatniach, biegacze wieszali na drzewach albo rzucali, gdzie popadło. Przysiągłem sobie to zmienić. I udało się!
Początki były jednak trudne. Pierwszym sukcesem, drobnym, bo drobnym, ale zawsze sukcesem, stało się przekonanie leśników, żeby pozwolili na ociosywanie odrostów świerków, by można było na nich wieszać ubrania. Zapał Juliana, a jednocześnie prawdomówność (nigdy nie załamał danego słowa), przekonały ich, że warto od czasu do czasu posłuchać tego szalonego z pozoru człowieka.
Jakuszyce to miejsce wyjątkowe. Mają specyficzny mikroklimat, którego zalety poznali jeszcze Niemcy w latach 30., gdy szykowali swych reprezentantów do berlińskich igrzysk. Teren jest świetnie przewietrzony, bo na przełęczy hulają wiatry, o korzystnej dla ludzi wilgotności. W pierwszych latach PRL-u położenie Jakuszyc, tuż przy granicy z Czechosłowacją, było jednak niekorzystne. Wiadomo, że na takim terenie nie wolno było się poruszać. Chyba że uzyskało się specjalne zezwolenie, a i tak przyglądano się delikwentowi z wielką podejrzliwością. Pierwszym Polakiem, który zaczął tam biegać, był Jerzy Lechowicz, a po nim Tadeusz Jankowski, olimpijczyk, uczestnik mistrzostw świata. Pod koniec lat 60. Julian Gozdowski pożegnał się ze statusem nauczyciela. Jak się okazało, na zawsze, bo do zawodu nigdy nie wrócił, choć jego pedagogiczne kwalifikacje przydały się jeszcze nie raz. Został kierownikiem wydziału kultury fizycznej urzędu w Jeleniej Górze.

– Wiedziałem już wtedy dobrze, jakie możliwości stwarzają tereny wokół Polany Jakuszyckiej, cudownie wprost pofałdowane, na których śnieg zalegał najdłużej w Polsce – wspomina Julian. – Świerki rosły tam w przedziwny sposób, ich korzenie rozchodziły się w ziemi płytko, za to bardzo szeroko. Silne wiatry przewracały je bez trudu, aż wreszcie na początku lat 70. doszło do ekologicznej katastrofy. Powalone zostały setki hektarów lasów, trzeba było to uprzątnąć. Przyznaję, katastrofa nam pomogła przy zmianach w miejscu, w którym od pewnego czasu organizowano coraz poważniejsze krajowe zawody, z mistrzostwami włącznie. Ale mnie marzył się wielki, masowy bieg narciarski. Już wcześniej śledziłem dokładnie relacje z Biegu Wazów i podobnych imprez w Europie. Zazdrościłem Czechom Jizerskiej Padesatki, rozgrywanej tuż za naszą granicą, dosłownie dwa kroki od Jakuszyc. Zgłosiłem propozycję, ale opór lokalnej władzy był silny, a cóż w jej hierarchii znaczył kierownik wydziału sportu? Dwa lata zabiegów poszło na marne. Na szczęście z urokami miejsca i właściwościami Polany Jakuszyckiej oraz koncepcją biegu udało mi się zapoznać redaktora Tadeusza Olszańskiego, który wówczas pracował w telewizji (była jedna, przypominam). A on obiecał pokazać bieg na telewizyjnej antenie. I wtedy władze zmieniły nastawienie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. W 1976 roku odbyła się premiera Biegu Piastów. Nie bardzo wierzyłem, by kiedykolwiek Jakuszyce należały choćby do jednego śląskiego Piasta, raczej do Przemyślidów, ale nazwa była nośna.

Bieg szybko zdobywał popularność, choć początkowo był siermiężny, zarówno ze względu na warunki na Polanie, jak stroje i wyposażenie startujących. Juliana jednak nic nie zrażało. Miał świetne układy z leśnikami, więc dukty leśne zamieniano na trasy. Doskonale współpracował z Wojskami Ochrony Pogranicza, ich obiekty po drugiej stronie międzynarodowej drogi prowadzącej do Czech stały się zapleczem dla Biegu Piastów. Zainteresował media, które kolejno obejmowały patronat nad zawodami: telewizję, Polskie Radio („Sygnały dnia”), gazety centralne i lokalne. Impreza rosła w siłę, ale władzom, zwłaszcza Szklarskiej Poręby, coraz mniej się podobała. Wydatki były z roku na rok większe, wpływy wprawdzie także, ale nie równoważyły kosztów, problemów pojawiało się co niemiara. W dodatku Gozdowski z niczego nie chciał rezygnować, marzyła mu się rozbudowa infrastruktury na Polanie, większa liczba startujących. Sytuacja stawała się tak nieznośna, że wreszcie władze miasta pozbyły się imprezy, a z nią kłopotów. A Gozdowski stworzył Stowarzyszenie Bieg Piastów, które przejęło markę, organizację, a gdy tylko zmieniły się uwarunkowania polityczno-ekonomiczne – także Polanę.

– Nie było to łatwe, rzucano nam kłody pod nogi z różnych stron. Muszę jednak przyznać, że moje „ukochane dziecko” zdobyło sobie tylu przyjaciół, iż można było walczyć, wydeptywać ścieżki do urzędów i urzędników, od których wiele zależało.

Równocześnie ze zmianami w papierach następowały zmiany na Polanie. Przebudowywano trasy, zyskiwano dla nich sponsorów, nadawano fantazyjne nazwy poszczególnym odcinkom. Szczególnie widoczny postęp miał miejsce w pierwszej dekadzie XXI wieku, gdy można było skorzystać z unijnych funduszy, nawet przed wstąpieniem Polski do UE. A że Gozdowski umiał środki zdobywać, więc pieniądze dość szeroko popłynęły do Jakuszyc. I gdy po pewnym czasie Komisja Europejska oceniła sposób i tempo wykorzystywania funduszy przekazywanych Polsce, okazało się, że Polana Jakuszycka jest wprost wzorowym przykładem. Co na to miasto? Postawa lokalnych władz zmieniła się całkowicie, miały ochotę na zagarnięcie Polany i Biegu, których tak niebacznie się pozbyły. Szczególnie, że nasz firmowy bieg narciarski stał się najpierw częścią programu Euroloppet, a od 2009 roku Worldloppet, zbierając przy tym entuzjastyczne opinie.

– Moje marzenie właściwie się spełniło. Mamy trasy dla każdego, od matki z małym dzieckiem, a więc typowo spacerowej, do morderczej „Justyny”, zbudowanej w 2009 roku, po mistrzostwach świata w Libercu, nazwanej oczywiście na cześć naszej Królowej Śniegu. Do Jakuszyc przyjeżdżają nie tylko Polacy i Czesi, ale także Niemcy, Holendrzy, Belgowie, a nawet Szkoci. Jakością tras, zwłaszcza dla stylu klasycznego, zachwycony był Joerg Capol, dyrektor komisji biegów FIS i Pucharu Świata w tej konkurencji. Dlatego realne jest dopisanie Polski do listy organizatorów Tour de Ski. Przeszedłem długą drogę: od Tarnopolszczyzny do Gór Izerskich, od nauczyciela szkoły podstawowej do komandora Biegu Piastów. Wiła się, miała trudne do pokonania zakręty, wymagała wysiłku, ale warto było nią przejść…

Na początku 2010 roku, podczas styczniowej Gali Sportu, Julian Gozdowski odebrał główną nagrodę za najlepszą imprezę sportu masowego w Polsce. Rzadko kiedy jury różnych konkursów i plebiscytów podejmuje tak trafną decyzję.