Artur Partyka

Urodzony 25.07.1969 w Stalowej Woli, mieszka w Łodzi. Żona Agnieszka (córka łyżwiarki, olimpijki Grażyny Osmańskiej-Kostrzewińskiej), córka Alicja (15 lat). Absolwent XXIX Liceum Ogólnokształcącego w Łodzi. Skoczek wzwyż, wicemistrz olimpijski (1996), brązowy medalista olimpijski (1992), zdobywca dwóch srebrnych i jednego brązowego medalu mistrzostw świata (1993, 1995 i 1997), wicemistrz Europy (1994), mistrz świata juniorów (1988), mistrz Europy juniorów (1987). Rekord życiowy 2,38.

− Miałem w karierze bardzo trudny moment. Mówię uczciwie, że gdyby nie było brązowego medalu w Barcelonie, nie byłoby srebrnego w Atlancie ani innych sukcesów. A Artur Partyka byłby kolejnym sportowym meteorem, który przemknął nad światem i zniknął w niepamięci. W halowych mistrzostwach świata czy Europy skakałem znakomicie. W Sewilli uzyskałem 2,37, byłem drugi. W Glasgow wygrałem wynikiem 2,34. Byłem pewny medali na otwartym stadionie. Przyszły mistrzostwa Europy w Splicie i mistrzostwa świata w Tokio, które zakończyły się ciężkimi porażkami. Powiedziałem więc sobie, że albo w igrzyskach w Katalonii zdobędę medal, albo kończę karierę, bo narażam się na śmieszność. Usiedliśmy z trenerem Edwardem Hatalą, dokonaliśmy analizy i wprowadziliśmy rewolucyjne wręcz zmiany w moich przygotowaniach. Porzuciłem całkowicie starty w sezonie halowym, podjąłem trening gimnastyczny i współpracę z psychologiem. Postawiłem wszystko na jedną kartę, miało to być drugie otwarcie w mojej krótkiej jeszcze sportowej grze. Najważniejsza była jednak przemiana mentalna, z chłopca w dorosłego mężczyznę. Przedtem fajnie się bawiłem, jakoś tak lekko podchodziłem do wszystkiego. Po 1991 roku miałem już świadomość, po co trenuję, dlaczego tak, a nie inaczej muszę pracować, koncentrować się na wyznaczonych celach. Gdy przyglądałem się sobie w lustrze, widziałem już dorosłego mężczyznę, a nie rozbrykanego młodzieńca. W Barcelonie nie było lekko. Do finału dostałem się z ostatnim, 12. rezultatem. Lubię atmosferę wielkich zawodów, reakcje trybun na ogół mi nie przeszkadzają, chyba że jest to skok decydujący. Dlatego prosiłem widownię o lekkie wyciszenie. W finałowym konkursie skakało mi się doskonale, byłem bliższy końcowego sukcesu niż w Atlancie. Moja kariera została więc uratowana – wspomina Artur.

Miał w rodzinie sportowe wzorce. Ojciec po amatorsku biegał na dystansach sprinterskich, natomiast wuj Krzysztof już na zdecydowanie wyższym poziomie grał w piłkę ręczną i pchał kulą. W jego rodzinnym domu zawsze oglądano wiele transmisji sportowych, zwłaszcza piłkarskich.

− Piłkę nożną po prostu kochałem. Owszem, na krótki moment zafascynował mnie skok wzwyż. Miało to miejsce w czasie igrzysk w Montrealu, gdy wspaniały pojedynek toczyli Jacek Wszoła i Kanadyjczyk Joy. Był to jednak tylko przerywnik w oglądaniu z zapartym tchem moich idoli − Kempesa, Keagana, Rossiego, Socratesa. Uwielbiałem hiszpańskiego bramkarza Arconadę i oczywiście Jana Tomaszewskiego. Na łódzkim podwórku kopaliśmy piłkę. Jednym z graczy był Tomek Wieszczycki, późniejszy reprezentant Polski, mój przyjaciel wówczas i dziś. Marzyłem o karierze bramkarza – przyznaje skoczek. – Z jednej strony miałem doskonale warunki, bo rosłem szybko i systematycznie, tak jak potem rozwijała się moja kariera. Z drugiej strony… Kiedyś we trzech poszliśmy z kolegami na zajęcia młodzieży sekcji piłkarskiej ŁKS-u. Trener zapowiedział, że po testach dla kandydatów na bramkarzy zostanie dwóch. Ja odpadłem, bo byłem zbyt smukły, mówiąc prawdę − za chudy. Od trenera usłyszałem, że nie mam czego szukać w bramkarskim fachu, bo po każdym dośrodkowaniu na pole karne zostanę staranowany, wręcz połamany, oczywiście ze względu na posturę. Trochę się załamałem.

W jego szkole nauczyciel wychowania fizycznego organizował lekkoatletyczne zabawy, podczas których uczniowie skakali do piaskownicy. Artur radził sobie bardzo dobrze, koledzy donieśli o tym Mirosławowi Guzkowi, który zgłosił chłopaka do startu w Czwórboju Lekkoatletycznym „Sztandaru Młodych”. I słusznie, bo Artur wygrał! Na tych zawodach dostrzegł go Marek Maciejewski, trener ŁKS-u, i z miejsca wciągnął do sekcji.

W latach młodzieńczych, poczynając od zwycięstwa w Małym Memoriale Kusocińskiego (1984), układało mu się wszystko jak w bajce. Szybko trafił do reprezentacji juniorów. Miał 18 lat, gdy stanął na najwyższym stopniu podium mistrzostw Europy w Birmingham w tej kategorii wiekowej. W rok później, w kanadyjskim Sudbury, wygrał mistrzostwa świata juniorów doskonałym rezultatem 2,28 i w nagrodę pojechał na igrzyska do Seulu. I nagle zatrzymał się w tym triumfalnym marszu ku czołówce światowego skoku wzwyż, ze względu na wyniki na otwartych stadionach.

To „drugie otwarcie” w karierze, od Barcelony poczynając, przyniosło fantastyczne rezultaty. Od 1992 roku stawał na podium największych imprez. Dwa medale olimpijskie, trzy mistrzostw świata, dwa mistrzostw Europy − to dorobek, jakim nie mógł poszczycić się wówczas żaden polski lekkoatleta. Nic dziwnego, że sześć razy z rzędu odbierał „Złote Kolce”, nagrodę przyznawaną najlepszemu zawodnikowi królowej sportu, i osiem razy trafił do dziesiątki najlepszych lekkoatletów świata najbardziej renomowanego pisma „Track and Fields News”. Na swoje czwarte igrzyska nie pojechał, choć w zimie 2000 roku uzyskał świetny wynik 2,37. Latem skakał słabo i sam zrezygnował z wyjazdu do Sydney. W lipcu 2002 roku w Gdańsku oficjalnie zakończył karierę.

− Sport, oprócz tego, że przyniósł mi wiele emocjonujących przeżyć i niemałe pieniądze, dał także możliwość zwiedzania świata. W innym przypadku byłoby to niemożliwe ze względu na koszty – słusznie twierdzi wicemistrz olimpijski. – Byłem na wszystkich kontynentach, w bardzo wielu krajach. Szczególnie polubiłem Japonię, co nie powinno dziwić, bo Polaków na ogół fascynuje dalekowschodni świat. Według mnie Japonia ma wyjątkową wręcz kulturę, wspaniałą egzotykę i rzadko spotykaną w świecie dyscyplinę mieszkańców. Niezwykłym przeżyciem był dla mnie pobyt na igrzyskach w Seulu. Nie odegrałem tam większej roli, ale miasto ogromnie mi się podobało, choć jest inne niż Tokio i reszta Japonii. Bardzo lubię także Szwajcarię, bo kocham góry. Od lat pasjonuję się alpinizmem i himalaizmem, moim serdecznym przyjacielem jest Piotr Pustelnik, który w lutym 2010 roku zdobył Annapurnę i sięgnął po Koronę Himalajów. Trzymałem za niego kciuki, bo to było już piąte jego podejście pod tę piekielną górę.

W oczach Artura zapalają się ogniki, gdy podejmujemy ten temat. Na wyrywki zna historię polskich, ale nie tylko, osiągnięć w najwyższych górach, jednym tchem wymienia nazwiska Andrzeja Zawady, Jerzego Kukuczki, Krzysztofa Wielickiego, Wandy Rutkiewicz i innych. Można z nim dyskutować o położeniu himalajskich olbrzymów, o groźnych alpejskich ścianach, o trudnościach, jakie napotykają ci, którzy je zdobywają. Miłość do gór, która na dobre opanowała go w połowie lat 80., nie jest bierna.

− Na górskie wycieczki chodziłem i wciąż chodzę. Prawie każdy wyjazd na obóz treningowy do Zakopanego poprzedzałem samotnym wypadem w Tatry. Brałem plecak i znikałem na trzy − cztery dni, wędrowałem po szlakach. Trener Edward Hatala drżał, że mogę odnieść kontuzję. Szczególnie w hiszpańskiej Sierra Nevada, gdzie zawsze zabierałem ze sobą raki.

Drugą pasją dwukrotnego medalisty olimpijskiego jest muzyka. Uwielbia jej słuchać, niemal wszystkich gatunków. Ma dobre wyczucie rytmu, ładnie śpiewa, o czym wielu mogło się przekonać dzięki telewizji Polsat.

− Do programu „Tylko nas dwoje”, w którym gwiazdy estrady występują w duetach z ludźmi z innych „branż”, zaprosiła mnie Paula. Uczyła mnie śpiewać, twierdząc, że mam dobry głos. Wyszło nieźle, ostatecznie zajęliśmy 5. miejsce. Śpiewaliśmy piosenki w spokojnym rytmie, nostalgiczno-liryczne, a także romantyczne. Mój głos idealnie do nich pasuje.
Artur jest prawdziwym człowiekiem renesansu. Kolejna jego pasja to czytanie, a pierwsze miejsce zajmuje literatura historyczna. Dosłownie pochłania książki opisujące wydarzenia w Polsce w mniej więcej ostatnich 100 latach. Komentuje także ze swadą zawody lekkoatletyczne w różnych stacjach telewizyjnych, jest członkiem zarządu Polskiego Związku Lekkiej Atletyki.

− Odmówiłem przyjęcia jakiejkolwiek funkcji związanej z obowiązkami administracyjnymi. Cenię wolność, swobodę zachowania, nie mógłbym nigdy pracować od 8 do 16. Przy tak licznych obowiązkach, a mam jeszcze ogród w Łodzi, trudno mi się wyrwać na wyprawę w ukochane góry. Ostatnio byłem tydzień w schronisku w Roztoce. Lubię atmosferę schronisk, najlepiej czuję się tam samotnie.

Jeśli gdzieś w Łodzi ktoś zobaczy dość szybko biegnącą, wysoką, już wprawdzie nie chudą, ale wciąż bardzo szczupłą, sylwetkę, będzie to na pewno Artur Partyka, który jak zwykle przemierza kilometry w swojej dziennej, rekreacyjnej dawce.