Dorota i Mariusz Siudkowie

Ona urodzona 9.09.1975 roku w Krakowie, 155 cm wzrostu, trzykrotna uczestniczka igrzysk olimpijskich (Nagano, Salt Lake City, Turyn), brązowa medalistka mistrzostw świata, dwa srebrne i dwa brązowe medale mistrzostw Europy, ośmiokrotna mistrzyni Polski. On urodzony 29.04.1972 roku w Oświęcimiu, 187 cm wzrostu, 11-krotny mistrz Polski. Tworzyli najlepszą w historii polskiego łyżwiarstwa parę sportową, są najbardziej utytułowanymi łyżwiarzami figurowymi w jego ponad 80-letniej historii.
Los połączył ich przypadkowo, chociaż ćwiczyli na tym samym lodowisku. Mariusz miał już wtedy za sobą duże sukcesy i tytuły mistrza Polski w parach sportowych. Dorota, trenująca najpierw w Krakowie, nie uzyskała jako solistka szczególnych wyników i postanowiła przenieść się do Oświęcimia, by tam poszukać szansy w innej konkurencji. Filigranowa dziewczyna miała sylwetkę, która predestynowała ją do jazdy parami, ale Mariusz miał partnerkę i na nową klubową koleżankę spoglądał jakby z góry. I gdyby nie Anna Sierocka…
– Jak każdy młody łyżwiarz, rozpoczynałem karierę jako solista – mówi Mariusz. – Na lód wyszedłem za namową starszej siostry Ani, bo wraz rodzicami jeździłem na zawody, aby jej kibicować. Kiedyś, po powrocie z Janowa, ustalono w domu, że zostanę zapisany do klubu. Miałem wówczas sześć lat, był to więc ostatni dzwonek, aby poważnie zająć się łyżwiarstwem, jeśli miałem zostać wyczynowcem. Od początku w oświęcimskiej Unii opiekowała się mną Iwona Mydlarz-Chruścińska. Pod jej okiem w roli solisty doszedłem do medali w Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w kategorii juniorów młodszych. Marzyły mi się jednak występy w konkurencji par sportowych, a trenerka bardzo się z moich marzeń cieszyła, bo wszystko wskazywało, że wyrosnę na silnego i wysokiego mężczyznę, któremu łatwo będzie trzymać nad głową partnerkę wykonującą ewolucje.
Zacząłem jeździć z Anią Wikłacz i byłem bardzo zadowolony. Ona jednak wolała innego, starszego chłopaka i po prostu powiedziała do widzenia! Nie przeżyłem oczywiście zawodu miłosnego, ale było mi bardzo przykro. Drugą moją partnerką była Beata Szydłowska i znów zaczęło się obiecująco. Ale nagle okazało się, że jej nogi nie wytrzymują obciążeń. W łyżwiarstwie to się niestety zdarza. Lekarze orzekli, że jeśli Beata nie chce mieć w przyszłości kłopotów z chodzeniem, musi natychmiast przerwać uprawianie tej dyscypliny. Przeżyłem kolejne rozstanie, ale najbardziej żal mi było trenerki, która włożyła tyle wysiłku w pracę z nami, w uczenie nas programów, układów i precyzyjnej techniki jazdy.
Mówi się, że do trzech razy sztuka, ale w moim przypadku to powiedzenie się nie sprawdziło. Trzecią moją partnerką została Beata Zielińska. Gdy w mistrzostwach Europy zajęliśmy doskonałe, jak na nasze oczekiwania, 9. miejsce, zaświtała nadzieja, że jeszcze lepiej wypadniemy w igrzyskach olimpijskich w Lillehammer. Nic nie wskazywało, że coś nam może przeszkodzić. Ja byłem pełen zapału, gotów trenować o każdej porze dnia i nocy, byle tylko opanować najtrudniejsze ewolucje, precyzyjnie wykonywać przygotowany program. Kiedy w październiku 1993 roku, na niespełna cztery miesiące przed wyjazdem na igrzyska, Beata oświadczyła nagle, że wycofuje się ze sportu, jakby trafił we mnie piorun. Wtedy moim największym marzeniem było zostać olimpijczykiem. Chciałem sam, jako uczestnik, zobaczyć tę imprezę i przeżyć ją. Niestety, los chciał inaczej.
Znaleziono mi kolejną partnerkę, aż z Warszawy. Marta Głuchowska okazała się wspaniałą koleżanką, ale jak na łyżwiarkę uprawiającą jazdę w parze sportowej miała za mało odwagi, lękała się trudniejszych skoków. Wolała niższe oceny niż ryzyko upadku. Owszem, doszliśmy do tytułu mistrzów Polski, ale to nie gwarantowało sukcesów na arenie międzynarodowej. Czas uciekał nieubłaganie, ze zdolnego, jak o mnie mówiono, juniora, stałem się dorosłym facetem. Jeśli moje oczekiwania nie spełniłyby się szybko, musiałbym pomyśleć o zakończeniu kariery.
Pewnego dnia stał się cud. Pojechaliśmy na międzynarodowe zawody do francuskiego St. Gervais. Zarówno ja z Martą, jak i druga polska para – Dorota Zagórska i Janusz Komendera – wypadliśmy bardzo słabo. Była z nami sędzia Anna Sierocka. Gdy płakaliśmy po naszych występach, jak koty nad rozlanym mlekiem, powiedziała, że nie chce się wtrącać w sprawy trenerskie, ale jej zdaniem do mnie idealnie pasowałaby Dorota. Jest drobniutka, pełna temperamentu, odważna i ma niezłe przygotowanie akrobatyczne. Zachęcała, abyśmy spróbowali.
Pani Iwona Mydlarz-Chruścińska jeszcze raz w życiu zaryzykowała. Kiedy po raz pierwszy ująłem rękę Doroty przy wjeździe na lodowisko, poczułem się, jakby mi ktoś otworzył wrota do raju. Wyczuwała każdy mój ruch, każdą intencję.
Okres występów z Dorotą to czas ogromnych sukcesów, medali w mistrzostwach Europy i świata. Mieliśmy nawet nadzieję na medal olimpijski. Oczywiście za tymi sukcesami kryła się ogromna praca. Modliłem się o nasze zdrowie, aby jakiś diabełek nie przekreślił wysiłków, żeby omijały nas choroby i inne przykre niespodzianki. Niestety nie do końca to się udało, mieliśmy poważną niedyspozycję w 2001 roku, a najbardziej przykre było dla nas zakończenie kariery. Tak bardzo chcieliśmy zaprezentować się widowni telewizyjnej na całym świecie i japońskiej na trybunach w pożegnalnym występie w mistrzostwach świata 2007, ale mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa. Chciałem nawet zaryzykować, ale Dorota i nasz kanadyjski trener Gauthier niemal siłą odwiedli mnie od wyjazdu na lodowisko w innym celu niż elegancki ukłon w stronę trybun. Ostatecznie przede mną jeszcze, mam nadzieję, długie życie i lata pracy na tafli, ale już w innym charakterze. Inna sprawa, że cała moja kariera międzynarodowa została spięta fatalną klamrą. Pierwszego udziału w mistrzostwach świata także nie zapomnę, bo zawodów nie ukończyłem z powodu… kontuzji kręgosłupa. Mieliśmy szczery zamiar zakończyć karierę efektownym udziałem w igrzyskach w Turynie. Wynikowych efektów, powiedzmy sobie szczerze, nie było, choć my z programu byliśmy zadowoleni. O przedłużeniu kariery o jeszcze jeden sezon zadecydował wyłącznie wybór gospodarza mistrzostw Europy w 2007 roku. Jak można było nie pojechać swego programu na tafli warszawskiego Torwaru, dla kochanej polskiej publiczności? Pojechaliśmy więc, trochę z duszą na ramieniu, bo latka lecą. Ale było warto! Nie tylko dla ostatniego w karierze brązowego medalu, ale dla widowni, która nas tak wspaniale pożegnała. Ostatecznie człowiek trenuje godzinami, męczy się nie tylko dla własnej satysfakcji.
– Ja bardzo chciałam zostać dobrą łyżwiarką – wspomina dziecięce lata Dorota Zagórska-Siudek. – Niestety na początku szło mi jak po grudzie. Chodziłam do przedszkola, gdy ojciec, wówczas kapitan Wojska Polskiego, postanowił zapisać mnie do wyczynowej sekcji. On z pasją oglądał wszystkie transmisje z mistrzostw Europy i świata, po prostu kochał tę dyscyplinę i chciał, aby jego córka także kiedyś trafiła na ekran. Mieszkaliśmy wówczas w śródmieściu, przy ulicy Meissnera, na kryte sztuczne lodowisko trzeba było jechać autobusem około 20 minut. Nikogo to jednak nie zrażało. Mój pierwszy trener Edward Augustyński oświadczył, że jestem zdolna, i zapędził do harówki, o której dzieci znające sport tylko z pięknych transmisji nie mają pojęcia. Mijały miesiące, potem lata, uparłam się, że będę dobrą łyżwiarką, ale nic z tego nie wychodziło. Gdy miałam już 18 lat, stwierdziłam, że trzeba szukać szansy gdzie indziej, tym bardziej że na lodowisku Krakowianki zawsze jest zimno, a godziny treningów zniechęcające. Najbliżej było do Oświęcimia, gdzie działał świetny klub, pracowali doskonali trenerzy, a w dodatku pojawiła się możliwość zamieszkania w internacie. Ba! Ale czy będą chcieli mnie przyjąć?
Pani Iwona Mydlarz-Chruścińska potraktowała mnie nadzwyczaj życzliwie. W internacie otrzymałam jednoosobowy pokój, a do treningów, jako partnera, Janusza Komenderę. Było dla mnie jasne, że zakończyłam karierę jako solistka i od tej pory będę brać udział w zawodach par sportowych. Przy wzroście 155 centymetrów i wadze około 45 kilogramów byłam dla partnera niezbyt uciążliwą koleżanką. Trenowaliśmy bardzo intensywnie, ale rezultaty wciąż nie były takie, o jakich marzyłam. Przełom nastąpił przypadkowo, mówił już o tym Mariusz.
Naszą specjalnością były podnoszenia. Mariusz bardzo lubił ten element techniczny, a ja w ślad za nim. Pod koniec każdego sezonu zastanawialiśmy się nad wprowadzeniem innowacji do tego fragmentu programu i na ogół udawało się nam. Na pewno miała na to wpływ różnica wagi i wzrostu. Ja zazwyczaj byłam o 45 kilogramów lżejsza od męża. Zaznaczam, że nie jest to jakaś wyjątkowa dysproporcja wśród par sportowych na świecie, znam sporo podobnych do nas. Ta różnica oczywiście ułatwia podnoszenia, zwłaszcza te z wyrzucaniem, ale kilogramy i centymetry nie są decydujące, liczy się technika, a tę Mariusz miał brylantową. Nigdy nie bałam się podnoszeń, choć przyznaję, że zdarzały się upadki i zamiast na łyżwach lądowałam na… Zawsze jednak tylko otrzepałam kostium i natychmiast byłam gotowa do ponowienia próby. Niewątpliwie słabszym naszym punktem były skoki. Szczerze mówiąc, nie umiem tego rozsądnie wyjaśnić, bo oboje lubiliśmy je, a ja nigdy się ich nie bałam.
Mieli rozmaite życiowe plany, ale znów o wyborze drogi zadecydował przypadek. Prywatny toruński klub łyżwiarski Axel szukał szkoleniowców i zaoferował tak świetne warunki, że Siudkowie zastanawiali się bardzo krótko. Polecieli jeszcze do Kanady, aby pożegnać się z trenerem, wziąć od niego kilka ściągawek i latem 2007 roku wrócili do Polski.
– W Toruniu udało się nam stworzyć pierwszą parę sportową – cieszy się Dorota. – Chłopak ma 16 lat, dziewczynka 11. Jest to różnica wieku umożliwiająca wiele lat wspólnej pracy, a co ważniejsze – starty w kategorii młodzieżowej, a potem seniorów. Mamy nadzieję, że uda się nam wychować duet, a może duety, które wynikami nam dorównają, a może nawet nas przerosną.