Monika Pyrek

Urodziła się 11.08.1980 w Gdyni, 4. m. w IO w Atenach, 3. w MŚ w Edmonton (2001), 3. w HMŚ w Birmingham (2003), 3. w HME w Madrycie (2001) i Wiedniu (2002). Rekord życiowy 472 cm.

Siódmy lipca był najważniejszym dniem dla Moniki Pyrek w 2005 r. A kto wie, może w całym życiu. Tego właśnie dnia obroniła pracę magisterską na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego. Temat był niełatwy, bo dotyczył problemów prawno-administracyjnych ewolucji dopingu w Polsce. Świeżo upieczona magister poradziła sobie z nim łatwością, co nie było żadnym zaskoczeniem dla nikogo, kto znał studentkę Pyrek. Jej średnia ocen wynosiła 4,2, zdawała tylko jeden egzamin poprawkowy, z nielubianego prawa rolniczego. Monika rolnikiem nie zostanie, na wsi mieszkać nie chce i pracować dla niej także. No, ale ten przedmiot znajdował się w programie studiów, ukończonych przez nią terminowo, co w przypadku czołowych sportowców nie zdarza się często.

Lwia część polskiego społeczeństwa zna ją jednak przede wszystkim jako tyczkarkę. Drobną, szczupłą, pyłek fruwający nad poprzeczką. Od niej właśnie zaczęła się popularność tej dyscypliny w kobiecym wydaniu, jej sukcesy rozpaliły wyobraźnię innych. A teraz Polska jest druga na świecie w tej konkurencji.

Tyczkarką została przez przypadek, gdyż uprawiała skok wzwyż i nie zamierzała zmieniać konkurencji, w której całkiem nieźle się jej wiodło. Osiągała dobre wyniki, w wieku 15 lat rekord życiowy wydźwignęła na wysokość 166 cm. Ale w szkole zachorował nauczyciel, w dodatku zajęcia lekkoatletyczne trzeba było przenieść do pobliskiej hali Bałtyku w związku remontem sali szkolnej. A tam na treningach prowadzonych przez Bogusławę Klimaszewską pojawił się Edward Szymczak, znany trener tyczkarzy, który właśnie powrócił z kontraktu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Miał szczery zamiar stworzenia grupy kobiecej, więc wszystkie trenujące dziewczyny spróbowały jak smakuje nowa konkurencja. Monika nie miała na nią apetytu, według własnej opinii wręcz nie nadawała się do niej. Zaciągana siłą na treningi spisywała się kiepsko, ale nagle skoczyła trzy metry. Był to wówczas trzeci wynik w Polsce, co sprawiło, że o skoku wzwyż zaczęła zapominać. W dodatku tyczkarze stawali się coraz smuklejsi, coraz mniej przypominali niedźwiedzie, jakimi byli nasz Władysław Kozakiewicz czy Siergiej Bubka.

– Najpiękniejszą chwilą w dość krótkim jeszcze moim tyczkarskim życiu wcale nie było zdobycie medalu w mistrzostwach świata w Edmonton, lecz poprawienie rekordu Europy podczas zawodów w Bydgoszczy w tym samym 2001 r. Skoczyłam wtedy 461 cm. Mojej radości nie zmniejszyło nawet to, że rekordzistką byłam zaledwie przez osiem dni – jeszcze dziś z rozrzewnieniem wspomina tamte chwile Monika.

Jest przekonana, że czołowe tyczkarki świata już wkrótce przekroczą granicę 5 metrów, a najlepsza osiągać będzie 510 – 515 cm. Czy w tym gronie znajdzie się również zawodniczka, której sukcesy zdopingowały inne Polki?

– Gdybym nie była o tym przekonana, nie uprawiałabym sportu – śmieje się Monika. – Jednym z moich celów, zaplanowanych wspólnie z trenerem Wiaczesławem Kaliniczenko, jest znaczące poprawienie rekordu życiowego, przeskoczenie pięciu metrów. Mam też inne cele, mam nową, silną motywację. Wprowadziłam duże zmiany w technice skoku, a także technice biegu. Używam nowych tyczek firmy UCS Spirit, które moim zdaniem są lepsze dla mnie od amerykańskich Pacer.

W 2005 r. Monika nie narzekała na brak zajęć. Obrona pracy magisterskiej, zmiany w treningu, udział w mistrzostwach świata, a w dodatku jeszcze urządzanie mieszkania. Gdynianka z urodzenia przeniosła się do Szczecina, kupiła mieszkanie w starej kamienicy w centrum miasta.

– Zawsze chciałam mieszkać w domu mającym wysoko sufity, w przestronnych pokojach. Sama zaplanowałam jak mieszkanie ma wyglądać i urządzałam je wiele miesięcy – twierdzi Pyrek.

Zdobywała także wiedzę na temat psów rasy jack russell terrier. Jest w nich zakochana, nie kupiła psiaka, tylko dlatego, że w porę… zerknęła w kalendarz zajęć. Zwierzę właściwie nie znałoby swojej pani, a Monika kocha zwierzęta. Aż do chwili wyprowadzenia się z rodzinnego domu towarzyszyły jej zawsze psy, koty, chomiki. Rekord odnotowała w dziecięcych latach, gdy rodzice dokarmiali 30 kotów. Mama Bożena, księgowa, oraz ojciec Zbigniew, marynarz floty handlowej, zawsze w swoim przydomowym ogródku utrzymywali gromady czworonogów.

Oprócz zwierząt kocha książki. – W szkole byłam oporna wobec lektur, może dlatego, że były obowiązkowe. Czytałam mało i niechętnie. Gdy skończyłam liceum, coś mi się w głowie przekręciło – śmieje się czwarta zawodniczka igrzysk w Atenach. – Pochłaniam dziesiątki książek, ostatnio przeczytałam „Ojca chrzestnego”. Czasem sięgam także po romansidła, ot tak, dla poprawienia humoru.

Jest naprawdę drobnej, delikatnej budowy. W dzieciństwie była anemiczna, miała niedobór żelaza w organizmie. Od tamtej pory nie znosi szpinaku i soku z czerwonych buraków, bo musiała jeść i pić je stale. Lubi za to włoską kuchnię, co nie jest zaskakujące, zważywszy, ile miesięcy spędzała każdego roku we Włoszech. Ale lepiej zna stadiony niż zabytki tego kraju.